Sezon pracowy MMU rozpędził się na całego i MMU intensywnie poluje na mamuty. W związku z tym w domu go niewiele widać. Raporty z kurnika oczywiście otrzymuje codziennie, więc ze sprawami zasadniczymi jest na bieżąco, subtelności jednak umykają.
Kiedy MMU wraca z polowania, od progu wszyscy radośnie go witamy. Chociaż dzieciory akurat dość oryginalnie manifestują tę radość: Przedszkolak uprawia akrobatyczną wspinaczkę po zmęczonym pracą ojcu, a Mała strzela focha: "Nie łapaj mnie! Nie mów mi! Nie patsaj do mnie!". Potem jakoś się wszystko wyrównuje, przedszkolak złazi z ojcowskiej głowy nieco niżej, czyli w okolice ramion, tam dołącza do niego Mała i przez chwil kilka jest grupowe przytulanie i wyznania miłości. I na trochę sytuacja jest unormowana. Bywa jednak, że znienacka objawiają się skutki uboczne nieciągłości przebywania MMU w domu.
Zadzwoniła do mnie koleżanka. Kulturalnie zapytała, czy to dobry moment na rozmowę. Zerknęłam po obejściu: MMU właśnie nałożył sobie obiad i z Małą na kolanach przymierza się do konsumpcji. Czyli obydwoje zagospodarowani na najbliższe 10 minut i mogę chwilę pogadać.
No to gadamy.
Nie minęło minut dwie, jak z okolic kuchennego stołu dobył się wrzask dziki na wysokich rejestrach. Łypnęłam okiem czujnie, gotowa rzucić się na pomoc Małej lub MMU, w zależności od kontekstu. MMU jednak wspaniałomyślnie zamachał na znak, że opanuje sytuację samodzielnie, więc gadałam dalej zerkając tylko z przyzwyczajenia. Wypadki potoczyły się następująco:
Żebym słyszała cokolwiek, MMU z Małą pod pachą umknął do łazienki. Z każdym jego krokiem Mała darła się bardziej. W łazience zaś dostała dzikiej histerii, a krótko potem łkała prawdziwą rozpaczą. MMU próbował opanować sytuację ze sił wszelakich.
Wkroczyłam współczując obojgu. I tak już niewiele rozumiałam z tego, co mówila do mnie słuchawką moja koleżanka.
Oto co właściwie się stało:
MMU nałożył sobie obiadek - ryż, a na to naciapał obficie potrwakę z krewetek. Gorącą. Usiadł przy stole sadzając sobie Małą na kolanie. Miała być chwila idylli tatusia z córusią. Mała natychmiast wsadziła palec w obiad MMU. Zawsze maca cudze jedzenie, jeśli ma je w zasięgu - z ciekawości i łakomstwa. MMU nie mógł tego przewidzieć, bo zwykle to ja mam ją na kolanach przy stole, kiedy się je, więc on nie wykształcił sobie w drodze rodzicielskiej ewolucji odpowiednich odruchów wróżebnych. Potrawka była gorąca, więc Mała palec oparzyła, co ogłosiła stosownym wrzaskiem. MMU w dobrej intencji wyniósł ją do łazienki. Intencja byla dobra podwójnie, bo po pierwsze - żebym ja mogła jednak chwilę porozmawiać słysząc swoją rozmówczynię, a po drugie - żeby cierpiący paluszek schłodzić wodą. Nie mógł Mąż Mój Ukochany wiedzieć, że Mała ma ostatnio alergię na łazienkę, jeśli jest tam wnoszona, a nie wchodzi na własnych nogach. Gdyż bowiem wniesienie do łazienki zapowiada zwykle zmianę pieluchy, czego Mała od jakichś dwóch tygodni nienawidzi serdecznie. I nie mógł MMU także wiedzieć tego, że aktualnie wszelkie zabiegi pielęgnacyjne z myciem rączek włącznie to tylko mama może wykonać. Takie okresowe dziecięce natręctwo z paranoją. Stąd zamiast sytuację uratować, zdezorientowany MMU osiągnął efekt bardzo wręcz przeciwny.
Jak się poluje na mamuty, to nie można być jednocześnie na bieżąco ze wszystkimi niuansami buntu dwulatka w wykonaniu jaśnie księżniczki. Dobrze, że z dwóch egzemplarzy płci żeńskiej w naszym kurniku przynajmniej ja to rozumiem. Mała nawet nie zamierza, co zamanifestowała obrazą majestatu na tatusia przez pozostałe pół dnia. A potem tatuś znów wyruszył na mamuty.
środa, 15 lutego 2012, walentyna