Najgorsze juz chyba za mna. Siedze w pociagu jadacym do Gdyni. Morze to cos co uwielbiam i juz nie moge sie doczekac kolejnego spotkania z piaskiem i falami.
Nie obylo sie bez malych przygod na starcie. Wybieglam z domu tak zamyslona, ze choc wiedzialam o istnienu pod blokiem kaluzy, to i tak centralnie w nia wlazlam. Ochlapalam jasne dzinsy, jedyne spodnie nie liczac pizamowych dresow, prawie po same kolana. Zeby jeszcze kaluza byla na chodniku, ale nie ona musi sie robic w tym ziemistym miejscu, dzieki temu jak spodnie wyschna to na nogawkach zostana brazowe placki.
Udalo mi sie odpowiednio wczesnie dotrzec na dworzec i bez stresu kupic bilet, gazetke i jedzonko na droge, a potem zaczely sie schody...
Na peronie dziki tlum i podstawione dwa wagony. Pani zapowiada, ze dolacza do nich te, ktore zaraz wjada z Jeleniej Gory, bo z tamtego skladu na Warszawe odepna i przetocza te wagony do Gdyni. Komunikat sie powtarza, pociag lada moment wjedzie na sasiedni peron, chwila wahania, decyzja i biegne! jak ma mi sie udac to tylko jesli wsiade zanim wagony wjada ma wlasciwy tor. Na schodach juz slychac hamowanie, za chwile ludzie wysiadaja, kilku biegnie a ja z nimi, zeby zlapac te wagony do Gdyni, ktore i tak juz sa pelne. Akcja zakonczona sukcesem! mam miejsce w przedziale z jakas rodzina z dzieckiem. Dwie minuty pozniej na peronie 3 sceny jak z dramatu wojennego, z nerwami, ale bez ofiar pasazerowie zajmuja miejsca glownie na korytarzu i z 10 minutowym poslizgiem ruszamy.
Neptunie, przybywam!
czwartek, 11 czerwca 2009, jagatar