Dziś był ten poranek. Ten wymarzony, wyczekiwany, pierwszy. Wsiadłam rano na rower, okręciłam się różowym szalem, założyłam granatowy płaszcz i ruszyłam po razowca na śniadanie. Słońce nieśmiało wyciągało promienne ramiona do ziemi, chłód poranka różowił mi policzki gdy wtem ! poczułam zapach pierwszego dymu z komina. To z tego malutkiego domku, gdzie rosną spóźnione słoneczniki. Ruda przeleciała 3metry przed moim kołem. Wszechogarnia zapach liści. Mam ochotę położyć się na ziemi i wdychać ten zapach. Marzy mi się piękny, gruby brulion. (widziałam nową kolekcję moleskine, ehh..) Zaczynam nowe. Czuję w sobie siłę, pęd do zmian, na lepsze. Pragnienie nowej jakości życia. Wytłumiłam ciemną stronę, łapię wiatr w żagle. Zaczynam doceniać te elementy codzienności, na które spuściłam ostatnio zasłonę obojętności. Blask Tusiakowych włosów pod szczotką(dokładnie takich samych jak moje), miękkość bluzki zakładanej na nagie ramiona, sprężystość skóry, smak herbaty, napięcie mięśni, zamyślone pojrzenie dziecka za oknem, zapachy, dźwięki, obrazy. Codzienność nigdy jeszcze nie miała dla mnie tylu odcieni.

sobota, 24 września 2011, katesandra