Układając głowę na wieczornej poduszce, wypełniałam się dobrą myślą. Planowałam dzień następny z zapałem i polotem. Czarną satynę snu, która miała przynieść ukojenie i wypoczynek poprzecinała bezsenność. Obudziłam się po dwóch godzinach zmęczona. Czekałam patrząc na zegar.
Przeszłam przez zagraconą kuchnię do łazienki, w której wanna i umywalka oślepiły mnie na wstępie perfekcyjną bielą. Jak już coś robię to musi być idealnie. Fokusuję się na tych elementach i to przynosi mi spokój. Staram się nie dostrzegać bałaganu poza łazienką. Od trzech dni jadam śniadania. Razowy z soją, prawdziwe masło (83%), pełnotłuste do kawy. Centralnym elementem domu stała się kanapa. Jest nienasycona. Ledwo dotknę jej swoim ciałem-już otacza mnie, wchłania, kusi poduszkami, daje sen. Ołowiane ciało i umysł dają się łatwo złapać.
Ruda codziennie przed ósmą przebiega mi drogę. Zatrzymuje się na chodniku, chwilę mierzy mnie i Tuś. Potem wskakuje na furtkę, rzuca drwiące spojrzenie machnąwszy kitą nad tabliczką UWAGA ZŁY PIES i znika. Zazdroszczę Rudej.
sobota, 10 września 2011, katesandra