|
Komentowanie jest moderowane. Wypowiedź pokaże się po zaakceptowaniu jej przez właściciela blogu. |
No to rzeczywiscie dluuugo mnie nie bylo w swiecie komunikujacych i opowiadajacych co tam u mnie slychac...
Co mam na swoje usprawiedliwienie, jesli wogole cos mam...
Coz ciezko powiedziec.Generalnie to od kilku tygodni, zwlaszcza w ostanim mam poczucie, ze zycie wymknelo mi sie nieco spod kontroli.
Dzis na kursie w Umea robilismy SASB - test zawierajacy kilkanascie pytan, ktory umozliwia stworzenie graficznego obrazy naszego obrazu samych siebie.
Calkiem duzo mi tam wyszlo w zakresie milosci siebie samej, hehe, akceptacji swego zycia i troski o siebie, czyli zdecydowanie pozytywnych cech w takiej ilosci w jakiej je mam, ale rownoczesnie sporo checi zachowania kontroli nad swoim zyciem.Niby jest ona takze w rozsadnych granicach, ale tez jest to jakas wypadkowa, srednia matematyczna z kilku pytan i mam wrazenie, ze jednak czasami jest jej za duzo...
Ale wracajac do meritum.
Wakacje byly juz strasznie dawno temu i tylko zdjecia przypominaja ten slodki okres nierobstwa i lenistwa przetykany paroma wycieczkami i wypadami po okolicy (nie za daleko bo przez wiekszosc czasu upal byl nieznosny, ufff). Zdjec narobilismy cale mnostwo, kilkaset, oczywiscie wiekszosc z nich to np. ujecia basenowe, codziennie prawie takie same czy zdjecia hotelu albo widoczki, cos czego nie wywoluje sie bron boze na papier, ale co fajnie miec na pamiatke i do pokazania znajomym. Wyprobowalismy tym samym nowy, zakupiony w dniu wyjazdu spontanicznie aparat, stary raczyl odmowic posluszenstwa tegoz dnia rano, jego laskawosc tylko, ze nie juz tam na miejscu...Nowy jest podobny, tej samej firmy, ale z bardziej imponujaca liczba mpix (cokolwiek by to nie znaczylo) i z 10x zoomem optycznym - jak na takie malenstwo zblizenia robi boski, co da sie dostrzec np na zdjeciach zachodu slonca nad morzem czy na zdjeciu ksiezyca (a nie byl on wtedy zbyt duzy, to zdjecie na max zblizeniu opt plus cyfr).
Generalnie z samego hotelu,jedzienia jestesmy zadololeni,jedzenia bylo az za duzo i ze skutkami tego bedziemy jeszcze troche walczyc w mrokach zimy.Sprzatanie mogloby byc solidniejsze, ale uszlo.Zycie ratowala nam sprawna klima, dzieki ktorej dalo sie spac, choc staralismy sie nie schladzac za bardzo, zeby sie nie pozaziebiac.
Chorob nie do konca udalo nam sie uniknac.Dawid dzieki Jeep Safari (szumna nazwa wycieczki zorganizowanej glownie dla wydebienia z turystow jak najwiekszej ilosci euro,dolarow,lirow i kazdej innej waluty; widoki w gorach nawet ladne, tzw meczet jakis takie biedniusi, osada nomadow okazala sie domem glownego przewodnika, mowiacego dosc kanciatym angielskim i raczacego nas zabawami rodem z wiejskiego wesela i sprosnymi zartami) nabawil sie okropnego kaszlu - dla uatrakcyjnienia wycieczki prawie caly czas zalogi jeepow polewaly sie woda, wode dostarczono nam w butelkach i chcac nie chcac bo nikt sie nie pytal wszyscy wszystkich zaczeli oblewac.To co bylo w miare fajne przez pierwsze 5 minut, po 5 h przestalo byc, zwlaszcza jak raz dostalam woda z weza (lodowata notabene) w plecy a innym razem woda rozgrzana przez slonce ze zborniczka do mycia szyb innego auta...Generalnie nic co by bylo warte az tylu euro. W kazdym razie Dawid przeszczekal potem dobry tydzien, a dosc ciezko 8-latkowi zabronic na wymarzonych wakacjach np. kapieli w basenie...Na wiecej zorganizowanych wycieczek nie pojechalismy, stwierdzilismy,ze szkoda nam pieniedzy, wolimy nast razem wykupic sobie jakas objazdowke tygodniowa a potem tydzien plazowania...
Ja zaliczylam pol dnia z bolami brzucha, choc wody z kranu nie pilam, mam natomiast spore podejrzenia ze byla ona i w jedzeniu czasem i w lodzie do drinkow a i szklanki po napojach byly nia splukiwane (bo nie wyparzane przeciez), chlopakow to ominelo, za to Radek dostal jakiejs dziwnej wysypki na brzuchu sami nie wiem czy od morkiej wody czy od kremu do opalania czy jeszcze czegos innego.
No ale to nie bylo az takie dokuczliwe.Zawiodlam sie na organizatorze, kontakt z przedstawicielem biura podrozy ograniczyl sie do powitania na lotnisku i pozegnania w autobusie.
I to tyle.Podsumowujac bylo goraco, smacznie i leniwie.
A potem ciezki i zimny powrot do rzeczywistosci.W Szwecji czekala na nas zimna jesien, temperatura szybko zjechala najpierw w okolice 10, potem 5 a ostatnio w nocy nawet z lekka ponizej zera. W ruch poszly wiec cieple buty, szaliczki, cieplejsze kurteczki i rekawiczki a sukieneczki na ramiaczkach spoczely w przechowalni to nast urlopu...
UWAGA ZACZYNAM O PRACY (bedzie dlugo, kto chce pominac prosze zjechac w dol do ++++ ;-))
Poza tym praca, wyjazdy, kordynacja zajmuja wiekszosc mojego czasu przez ost 5 tygodni.W pracy jako takiej wiele sie nie nabylam, w zasadzie tylko pierwszy tydzien.Potem bylam 4 dni w Sztokholmie na nordyckiej konferencji psychiatrycznej (zakladajac,ze wszystkie wyklady nt ostatnich nowosci w psychiatrii byly wyglaszane w jez. angielskim i tak wiele zrozumialam), 4 dni w Sundsvall (wrocilam po roku do szkolej lawy, by tym razem przez 4 semestry zglebiac w ramach kursu uniwersyteckiego na pol etatu tajniki terapii poznawczo-behawioralnej czyli jednego z nurtow psychoterapii, co jest elementem niezbednym do uzyskania specjalizacji w Szwecji a jednoczesnie ostatnio bardzo modnym tu tematem, wg tutejszego odpowiednika Min Zdrowia w polaczeniu z Naczelna Izba Lekarska psychoterapia jest metoda z wyboru w leczeniu leku i depresji i malym i srednim nasileniu, nawet bez lekow) a teraz od wczoraj do piatku jestem w Umea (dzis kurs w przeprowadzaniu badania obrazu samego siebie, czyli jak pacjent sam na siebie patrzy w zaleznosci od choroby na ktora cierpi, ze szczegolnym uwzglednieniem zaburzen odzywiania a jutro i pojutrze podsumowanie tworzenia regionalnych programow opieki w zab. odzywiania, ktorego to programu notabene jeszcze nie zdazylysmy z kolezanka do konca napisac...)
Najwiecej pracy i dlugofalowego wysilku czeka mnie z tym drugim wyzwaniem, czyli kursem psychoterapii, po tutejszemu steg ett i KBT (kognitiv-beteende terapi) czyli pierszym stopniem wtajemniczenia w temat. Nie wiem jeszcze czy wyobrazam sobie siebie jako psychoterapeute, tak bardzo ta jednak mocniej humanistyczna choc i tez naukowa dzialka rozni sie od tego co robie na codzien, czyli stosowania lekow albo zmniejszajacych nasilenie objawow, albo usuwajacych przyczyne (w psychiatrii wlasciwie rzadko). Nie powiem, ze kurs zaczynam tylko z musu (choc czasowo jestem przymuszona zaczac go JUZ teraz, akurat zorganizowano go tylko 100km od miejsca mojej pracy co zmniejsza ilosc koniecznych dojazdow, oszczedza czas i pieniadze pracodawcy - taaa bo wiecie, tu taki kurs, niezaleznie czy robiony obowiazkowo do specjalizacji czy z wlasnej, nieprzymuszonej woli i od dawna wyrazanej checi, robi sie mimo oszczednosci i ciec, na koszt pracodawcy; z kasy sluzbowej oplacilam sobie ksiazki, w tym kilka z Polski, pracodawca daje auto sluzbowe lub zwraca za inny srodek dojazdu, placi za hotel, zwraca za jedzenie itp...no i caly kurs odbywa sie w godzinach pracy...plusy mojej tu sytuacji uswiadomila mi kolezanka z roku z Wroclawia, a potem z pracy w Z., ktora na kurs w Wawie dojezdza w weekendy, oplacajac wszystko, dojazd, nocleg, jedzenie, ksiazki i jeszcze placac niemale pieniadze za sam kurs...), ,,, troche dluga dygresja mi wyszla, wiec nie tylko z musu, ale i z ciekawosci... A ze pierwszego pacjenta z rozp. zaburzen lekowych mamy miec wlasciwie od razu (oczywiscie pod nadzorem, bedziemy spotykac w kilkuosobowych grupach naszego handledare, czyli w dowolnym tlumaczeniu trzymajacego za raczke a odpowiadajacego superwizorowi po polsku, co 2 tyg, bedziemy nagrywac sesje terapeutyczne, nasze zachowanie, sposob stawiania pytan, formowania takiej sesji bedzie na biezaco oceniany plus dostaniemy wsparcie w tym, co robic dalej i jak...) wiec dosc szybko sie przekonam z czym to sie je...
Oczywiscie jeszcze przed rozpoczeciem kursu musialam sie zaczac wczytywac w literature, jedna ksiazka po szwedzku juz prawie przeczytana, druga, ktora Szwedzi musza przeczytac w oryginale po angielsku a ja mam to szczescie,ze znalazlam polskie tlumaczenie - jest przeczytana w jakiejs 1/3... Nie koniec na tym, do konca semestru jesiennego, ktory tu trwa do Swiat Bozego Narodzenia powinnam przeczytac jeszcze z 3-4 niesamowicie niezbedne ksiazki, z czego jedna czy 2 po angielsku, po kilkaset stron kazda, aaaaaaaaaaaaaaaa...Odpada, normalnie nie ma szans, nawet zakladajac ze moj angielski bierny nie jest taki zly jak sadzilam...
Jakby tego wszystkiego malo bylo to jeszcze wiadomo, trzeba w koncu skonczyc pisac ten program leczenia zab. odzywiania, zeby szef nie powiedzial ze nie wywiazujemy sie z podjetych zobowiazan, no i poza kursem, handledningkiem i pacjentami lekarskimi i terapeutycznymi znalezc czas na robienie specjalizacji i na rodzine, urzadzanie domu, odpoczynek, samorealizacje, poznawanie siebie, schudniecie, wypieknienie... i zmadrzenie buehehehe...
Moja kolezanka po fachu, aktualnie z brzuszkiem i na zwolnieniu, remontujaca dom, do ktrego za chwile sie przeprowadzaja i spodziewajaca sie powiekszenia rodzinki na przelomie listopada i grudnia podsumowuje to, ze nam sie tu w Szwecji w dupkach poprzewracalo, ale faktem jest, ze tu sie pracuje w tygodniu uczciwie swoje 40 godzin, nie ma zadnego szemranego wychodzenia wczesniej czy kombinowania.To sprawia,ze pracuje sie generalnie od 8 do 17, bo w tych godzinach pracuje nasza poradnia.Oczywiscie w tym jest godzina dziennie przerwy na lunch a jako ze sami teraz sie rejestrujemy w systemie to ja ja sobie skracam do pol godziny i codziennie zarabiam pare minutek, ktore jak mi sie uda zgromadzic moge sobie potem odebrac jako wolny dzien.Raz w tyg mamy prawo wziasc z czasu pracy godzine na sport, spacer itp, co skrzetnie i dosc czesto wykorzystuje. Poza tym mam wywalczone z szefem prawo do 4 h czasu na nauke, ktory sobie odbieram w piatki, dzieki temu bedac w domu po 12, nawet jesli kolejne pare godzin spedzam uczciwie z nosem w ksiazce...
Ale juz np. bedac na stazach gdzies indziej musze dojezdzac poza czasem pracy, albo jesli miejsce jest dalej przebywac tam w tygodniu, wracajac do domu na weekendy.A kroi mi sie dobre 1,5 roku roznych stazy, przy czym z braku studierektora, czyli osoby, ktora ma sie zajac pomoca w administracyjnym zorganizowaniu takich spraw i z braku innych specjalizujacych sie w Kramfors, nikt dokladnie jeszcze nie wie co, gdzie, ile i kiedy.Pewnie ok. 9 miesiecy w Solleftea, czyt dojezdzanie 30min latem, 45 zima w jedna strone a reszta w Sundsvall (100km), Umea(ponad 200) lub Ostersund(tez ok.200), czyli pobyt poza domem w tygodniu, powrot na weekendy.Bomba, co nie???Zakladajac ze jeszcze jakies kursy kilkudniowe w miedzyczasie i psychoterapia na tapecie, zajmie mi to wszystko nie 2 lata jak powinno, ale minimum 3 jak nie 4...Musze sie zebrac w sobie, bo pewnie niedlugo spotkam sie z szefem, zeby to przedyskutowac a on latym przeciwnikiem czy tez patrzac optymistycznie partnerem do rozmowy nie jest... No ale ja sie rozbestwilam, zapisalam sie do zwiazkow zawodowych i mam nadzieje,ze uda mi sie uzyskac cos konkretnego...
+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++
środa, 07 października 2009, zapiski_szwedzkie
