Skończyło się. Przygoda trwająca pięć lat dobiegła końca. Były wzloty, były upadki i był też finał. Finał wzbudzający ogromne emocje, co do tego nie ma wątpliwości. Część osób dostała dokładnie to, czego chciała, część srogo się zawiodła. Dla mnie był to najbardziej wyczekiwany odcinek tego roku i zostałem usatysfakcjonowany.
Nie chciałbym nikogo obrażać, krytykować, ani uznawać swoją opinię jaką tę jedyną i słuszną, ale prawda jest taka, że jeśli finał cię zawiódł to nie oglądałeś uważnie tego serialu. Twoje oczekiwanie nie były za wysokie, twoje oczekiwania były po prostu błędne. Złe. Niewłaściwe. Finał Supernatural był taki jak cały serial z takim samym klimatem, z takimi samymi bohaterami, z takimi samymi rozwiązania fabularnymi.
Na sam odbiór finału duży wpływ ma także to, kiedy ktoś zaczął oglądać serial. Jeśli ktoś oglądał na bieżąco tylko piątą serię, nie jest tak zżyty z Supernatural i samymi Winchesterami. Kiedy ktoś ogląda odcinek po odcinku, nie ma czasu na zastanawianie się nad postaciami, wydarzeniami, przyjmuje je takie, jakimi są. Nie odgrywają one w jego życiu większego znaczenia. Nic zatem dziwnego, że poszukuje w serialu (i samym finale) przede wszystkim akcji.
Fani zawsze będą narzekać

Apokalipsa, ostateczna wojna pomiędzy dobrem a złem. Anioły kontro demony. Bóg kontra Szatan. Wielkie kataklizmy, zniszczenia, schyłek ludzkości, ogólnie mówiąc: koniec świata, jaki znamy. Tak przedstawia się to w literaturze, taki też opis występuje w Biblii. Choć wiele osób tego nie dostrzega, Supernatural poszło zupełnie inną drogą. Owszem, mamy mnóstwo katastrof, ale są to wydarzenia, jakie towarzyszą nam w prawdziwym świecie epidemie, pożary, tornada. Twórcom zależało na tym, żeby Apokalipsa była jak najbardziej wiarygodna. I udało im się to. Biblijny koniec świata rozgrywa się na naszych oczach cały czas, a ludzkość tego nie dostrzega. Kto oczekiwał efektów i cudów na miarę Pojutrze czy 2012, niesamowicie się zawiódł.
Oczywiście, nie było na coś takiego pieniędzy, ale to nie wytłumaczenie. Jeśli nas na coś nie stać, to tego nie robimy, jasne. Cały szkopuł w tym, że nawet gdyby Kripke i spółka mieli większy budżet, to i tak byśmy nie zobaczyli inwazji obcych czy statków kosmicznych. To nigdy nie miało tak wyglądać. Z całą Apokalipsą jest jak z potworami, z którymi bracia walczyli w pierwszych trzech sezonach wszystko istnieje i dzieje się naprawdę, ale tylko garstka ludzi o tym wie.
Skoro to zakończenie, musi ono finalizować pewne sprawy
Mimo że będzie szósta seria, Swan Song wydawało się być bardziej nie finałem sezonu, ale serialu. I chwała za to twórcom. Nie zdecydowali się na przeciąganie fabuły, zostawienie otwartych wątków, nie. Ile to już razy zamówienie przez stację kolejnego sezonu wpływało negatywnie na samą produkcję? Pomyślcie o One Tree Hill , The X-Files czy Prison Break. Ich ostatnie sezony zupełnie nie przypominają początkowych. I nikt nie miałby pretensji, gdyby utrzymywałaby w tej nowej formule przyzwoity poziom, ale wiadomo jak to wyszło.
Dostaliśmy finał pięciu sezonów, a szósty będzie nową historią, opowiadaną w tym samym klimacie. Dokładnie tak jak filmowy sequel, co też już nie raz mówiła Sera Gamble, czołowa scenarzystka i producentka.
Zakończenia są trudne
Kripke wychodzi ze starcia z finałem obronną ręką. Plan został pięcioletni wykonany. Wszystko się ładnie rozwiązuje, praktycznie na każde zadane pytanie w ciągu tych ostatnich lat dostajemy odpowiedź. Widać, że fabuła nie była pisana na kolanie, ale starannie zaplanowana i to już na samym początku. To nie Heroes , gdzie jedna historia zaprzecza drugiej, gdzie historia jest tak skomplikowana, że nie wiadomo, o co w niej chodzi Po finale piątej serii Supernatural wszystko jest jasne.
Swan Song, jak już mówiłem, był dokładnie taki, jak oczekiwałem. Idealnie wpasował się w klimat serialu, trzymając się znanych już sztuczek, schematów, będąc jednocześnie zaskakujący i wyjątkowy. W ciągu 40 minut, pomiędzy akcją związaną z Apokalipsą, mamy kilka przerywników, w których poznajemy szerzej historię Chevroleta Impali. Czarny muscle car towarzyszył braciom w podróży (i tej rzeczywistej, i tej metaforycznej) na każdym kroku. Fani zaliczali go jako trzeciego głównego bohatera serialu. Ba, do dziś wielu uważa, że to on, a nie Adam, jest pełnoprawnym trzecim Winchesterem.
Podstawą serialu od zawsze były relacji między braćmi, nie akcja, nie efekty specjalne. Nawet, gdy Winchesterowie są w trakcie polowania, zwykle można dopatrzeć się w scenariuszu drugiego dna. Gdy w Metamorphosis Sam i Dean stają oko w oko z ruguru, w rzeczywistości chodzi o walkę Sama ze swoją mroczną stroną, gdy w The Curious Case of Dean Winchester trwa walka z wiedźmą, podejmowany jest motyw nieprzyjemnej śmierci, na jaką skazani są łowcy, a w Sam, Interrupted, szpital psychiatryczny, w którym bracia dają się uwięzić, jest metaforą ich zniewolenia i wyalienowania przez życie. Podobnych przykładów można dopatrzeć się praktycznie w każdym odcinku.
To naprawdę masakryczna rzecz
Mimo patosu, rozmachu wydarzeń znalazło się też miejsce na trochę humoru. Wszystkie postacie pozostają sobą, scenarzyści nie zmieniają ich, nie dopasowują sobie ich cech do scenariusza. Cas życzący Samowi powodzenia, znakomicie rozładował narastające napięcie przed konfrontacją z Lucyferem, a wjazd Deana w Impali i jego bezczelna, nonszalancka odzywka do dwóch aniołów sprawia, że usta same się uśmiechają.
Pojawia się także sporo odwołań do poprzednich odcinków. Lucyfer mówiący Czekałem na ciebie od bardzo, bardzo dawna przypomina Sama sprzed roku, kiedy to stojąc przed Lilith wypowiadał bardzo podobne słowa. Z kolei Dean w jednej z początkowych scen nazywa Sama zbyt dużym facetem kto pamięta jeszcze tego młodego, chudziutkiego młodego Winchestera z pierwszego sezonu? Wtedy to Dean niepodzielnie rządził nie tylko swoimi tekstami, ale także muskulaturą. Nieodłączną częścią Supernatural jest także rockowa muzyka, której nie zabrakło i w finale. Odcinek otwiera Carry on My Wayward Son zespołu Kansas, piosenka stająca się chyba jednym z najbardziej charakterystycznych symboli serialu. Gdy usłyszałem po raz głos wokalisty Stevea Walsha, łza zalśniła w moim oku. W tym momencie zabrzmiała dla mnie bardziej podniośle i epicko, niż choćby motyw z Władcy Pierścieni Howarda Shorea.

Scenarzyści zaserwowali nam kilka niespodzianek. Nawet, gdy ktoś czytał wszystkie spoilery nie miał szans na odgadnięcie rozwoju wypadków, jaki zobaczyliśmy. Sam zapierał się przed powiedzeniem tak Lucyferowi przez cały sezon i choć chyba każdy podejrzewał, że w końcu to zrobi, to kto pomyślał, iż zrobi to całkowicie z własnej woli? Bez żadnego manipulowania przez demona, czy inne zło, Sam mówi tak. Jego zachowanie jest całkowicie logiczne i uzasadnione. Równie niespodziewanym zwrotem akcji było to, że Lucyfer wiedział o pierścieniach Jeźdźców Apokalipsy. To nieco pokrzyżowało plany Winchesterów, jednak Sam nie widząc innego wyjścia i tak zgadza się na oddanie Diabłu swojego ciała. Ten zaś nie dość, że zabiera pierścienie, to jeszcze nie daje młodemu Winchesterowi praktycznie żadnych szans na zdobycie kontroli i wydaje się, iż wszystko w rękach archanioła Michała. Tylko on jeden może go powstrzymać.
W końcu nadchodzi chwila wielkiego pojedynku Michał kontra Lucyfer. Wygląda to jednak zupełnie inaczej, niż się spodziewaliśmy. Choć początkowo obaj bracia mówili nie, to zdawało się, że ostatecznie i tak staną naprzeciwko siebie. Teraz Michał znalazł sobie nowe naczynie i Dean nie jest mu nawet potrzebny. I właśnie w tym momencie pada cała teoria przeznaczenia, wolna wola jest ważniejsza.
Dlatego walka między Lucyferem a Michałem nie jest nieunikniona. To, że coś jest przeznaczone, wcale nie oznacza, iż musi się stać. Wielkie starcie kończy się jedynie na słowach i dzięki swojemu poświęceniu Winchesterowie ratują miliony osób przed śmiercią, a cały świat przed zagładą.
(dalszy ciąg w następnej notce, bo za tekst za długi jest i system nie da mi dodać)
środa, 19 maja 2010, rydzussj