Koniec, koniec i jeszcze raz koniec. Odcinkowy cykl wspominkowy, którego głównym bohaterem był futbol za sprawą tej notki dobiega końca. Wszystkim, którzy przez niego przebrnęli gratuluje. Wszystkich, którzy się zanudzili podczas jego czytania, przepraszam. Nie obejdzie się też bez podziękowań. Dziękuje redaktorowi Stefanowi Szczepłkowi za jego ogromną wiedzę, którą przekazał w swojej książce "Moja historia futbolu". Była ona dla mnie ogromnym źródłem historycznym. Cóż powiedzieć... Udało się ! 50 niezapomnianych chwil futbolu, część 4. Ostatnia, dlatego tym goręcej - Zapraszam !
10. Monachijska trauma Man U.
6 lutego 1958 roku, około godziny 17.23 doszło do wydarzenia, które na zawsze naznaczyło Manchester United i całą angielską piłkę. W Monachium podczas próby startu rozbił się samolot Elizabethan wiozący piłkarzy MU z pucharowego spotkania przeciwko Crvenie Zvezdzie Belgrad. Maszyna w trakcie trzeciego podejścia do startu wzniosła się lekko do góry, ale straciła moc i uderzyła w ogrodzenie oraz fragment budynku położonego obok lotniska. Następnego dnia gazety na całym świecie obiegły zdjęcia wraku pokrytego leniwie padającym gęstym śniegiem. Katastrofa pochłonęła 23 ofiary, w tym ośmiu piłkarzy nazwanych później "Dziećmi Busby'ego". Sam Busby, menadżer Manchesteru i nadzieja angielskiego futbolu, Bobby Charlton cudem ocaleli. Kilka miesięcy po tragedii, Busby rozpoczął budowę nowego, jeszcze silniejszego zespołu, który miał dojść na szczyty europejskiego klubowego futbolu i w ten sposób uhonorować zmarłych kolegów. Sukces przyszedł dekadę po monachijskiej traumie. Na stadionie Wembley, Busby poprowadził Manchester United do pierwszego Pucharu Mistrzów. Anglicy pokonali w finale (4:1 po dogrywce) Benficę Lizbona z wielkim Eusebio w składzie, a Bobby Charlton jako kapitan uniósł w górę najważniejsze europejskie trofeum. Tamto zwycięstwo drużyny z północnej Anglii było pokazem hartu ducha i skutecznej walki z przeciwnościami losu, a także pięknym i wzruszającym epizodem, który ma zaszczytne miejsce w dziejach klubowych rozgrywek UEFA.
9. Wilimowski - Leonidas 4:3. Polska - Brazylia 5:6
Pierwszy udział reprezentacji Polski w finałach piłkarskich Mistrzostw Świata przypadł w najgorszym możliwym momencie - na rok przed wybuchem II wojny światowej. Polacy pojechali do Francji, dzięki zwycięstwie w barażowym dwumeczu nad Jugosławią (4:0,0:1). Na mundialu zagrali zaledwie jeden mecz, za to jaki ! W Strasbourgu, po dogrywce, przegrali z Brazylią 5:6, choć do przerwy zawodnicy z Ameryki Południowej prowadzili już 3:1. W drugiej połowie faworytów postraszył Ernest Wilimowski, który zaliczył hat-tricka i doprowadził do remisu 4:4. W dogrywce kroku Wilimowskiemu chciał dotrzymać Leonidas, gwiazdor reprezentacji Brazyli. Sprawny ciemnoskóry napastnik dwukrotnie w przeciągu 11 minut pokonał strzegącego polskiej bramki, Madejskiego i zapewnił swojej drużynie awans do następnej rundy. Polakom pozostała radość z ambitnej postawy drużyny i czterech bramek Wilimowskiego (ostatniego gola strzelił w dogrywce - przyp.red).
Przez wiele lat tamten mecz był w Polsce przemilczany. Wszystko z powodu niesamowitego osiągnięcia polskiego napastnika. Po rozpoczęciu działań wojennych urodzony w Katowicach Wilimowski zmienił obywatelstwo i rozegrał 8 spotkań w barwach III Rzeszy. W drużynie prowadzonej przez legendarnego Seppa Herbergera (w 1954 roku doprowadził RFN do tytułu Mistrza Świata) był niezwykle skuteczny, o czym jednak w Polsce nikt nie wiedział. W PRL-u o Wilimowskim nie mówiło się wcale, a jeśli już nieodzownie tytułowano go "zdrajcą"...
8. Czy Hitchcock by to wyreżyserował ?
Finał Ligi Mistrzów z 1999 roku, pomiędzy Manchesterem United a Bayernem Monachium, nie należy traktować jako wydarzenie unikatowe, lecz wyjątkowe. W końcu wiele razy zdarzało się na wszystkich stadionach świata, że przegrywająca drużyna w ostatnich sekundach gry potrafiła odmienić losy meczu (na przykład taki Widzew Łódź w konfrontacji z Legią, rok 1997), natomiast nigdy nie zdarzyło się to na najwyższym poziomie rozgrywek. Spotkanie lepiej rozpoczęli Niemcy. W 6 minucie po strzale Mario Baslera było 1:0 dla Bayernu. Bawarczycy nie oddali prowadzenia do 90 minuty, a i tak musieli zejść z boiska pokonani. Najpierw za sprawą Sheringhama, Manchester doprowadził do remisu, a tuż przed końcowym gwizdkiem trafił Ole Gunnar Soelskjar. W ten sposób Bayern w zaledwie 120 sekund stracił wydawało się pewny czwarty Puchar Mistrzów, zaś United zgarnęli to trofeum po raz drugi w historii. Ponadczasowy klasyk. Kto nie widział, ten dupa !
7. Plażowicze zawstydzili profesjonalistów
Czy można wygrać dużą imprezę sportową bez żadnego przygotowania ? Bez tygodni żmudnych treningów, odpowiedniej selekcji zawodników, serii testów i sparingów ? Wydawać by się mogło, że jest to zadanie z gatunku niemożliwych do zrealizowania. Jednak jednej drużynie, ta sztuka się udała. Podczas Euro 92, rozgrywanego na boiskach Szwecji, eksplodował "Duński Dynamit", który oczarował i zadziwił cały piłkarski świata.
Sytuacja geopolityczna w Europie na początku lat 90-tych była niezwykle płynna. W wyniku upadku systemu komunistycznego, a w konsekwencji Związku Radzieckiego jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać nowe państwa.. Dokładnie w tym samym czasie rozpoczął się stopniowy i wyjątkowo brutalny podział Jugosławii. Drużyna piłkarska tego ostatniego kraju zdobyła awans do szwedzkich finałów. I zapewne wystąpiłaby na mistrzostwach, gdyby nie sankcje nałożone przez ONZ po rozpoczęciu działań wojennych, które jednoznacznie zabraniały rywalizacji w zawodach sportowych. UEFA nie miała wyboru. Jugosławia została wykluczona, a jej miejsce zajęła reprezentacja Danii. Duńczycy w eliminacjach grali dobrze, ale ostatecznie musieli uznać wyższość drużyny z Bałkanów.
Władze duńskiej federacji ucieszyły się z nominacji w trybie last-minute, ale jednocześnie miały powody do zmartwień. Piłkarze po ligowym sezonie wyjechali na zasłużone urlopy, a do rozpoczęcia turnieju pozostawało zaledwie kilkanaście dni. Cóż było robić. Selekcjoner Richard Moller-Nielsen chwycił za telefon (stacjonarny, bo o komórkach nie było jeszcze mowy) i systematycznie ściągał do kraju kolejnych kadrowiczów. Ci bez żadnego wahania zamienili piaszczyste plaże na trawiaste boiska. Duńczycy zaczęli turniej od szczęśliwego, bezbramkowego remisu z Anglią. W drugim meczu wyraźnie przegrali ze Szwecją (0:2). Na koniec fazy grupowej grali z faworyzowaną Francją prowadzoną przez Michela Platiniego i eksperci jeszcze przed meczem "pakowali" Duńczykom walizki. Ale stał się cud. Zawodnicy Moller-Nielsena pokonali Francuzów 2:1 i awansowali do półfinału. Tam za rywala mieli obrońcę tytułu, Holandię i znów niewielu wierzyło w możliwości Duńczyków. A ci kolejny raz pokazali charakter i po rzutach karnych wyeliminowali Pomarańczowych. Bohaterem okrzyknięto spotkania okrzyknięto Peter Schmeichela, który obronił w serii jedenastek strzał wielkiej gwiazdy europejskiego futbolu, Marco van Bastena.
W takiej sytuacji, Duńczycy nie mogli przegrać finału z Niemcami. Niesieni dopingiem własnych fanów i wsparcie płynącym z całego świata, pewnie ograli urzędujących Mistrzów Świata demonstrując przy tym zabójczą skuteczność w kontratakach. Na ulicach Kopenhagi, Odense, Aalborga i innych miast Danii wystrzeliły szampany. Urlopowicze utarli nosa potentatom i stali się ludowymi herosami.

6. NieRealne sukcesy
O Realu Madryt można powiedzieć wiele rzeczy. I dobrych i złych. Przychylnych, a jeszcze częściej krytycznych. Bo hiszpański gigant to klub, który z urzędu musi budzić emocje. Moje osobiste nastawienie do "Królewskich" jest raczej negatywne. Idee tworzenia zespołu opartego na "galacticos" uważam za głupotę i krótkowzroczność, a pieniądze wydane na ten cel za marnotrawstwo. Tym niemniej mam wielki szacunek do Realu, jako marki firmującej najbardziej utytułowany klub świata, którego dominacja przypadła na drugą połowę lat 50-tych. I co w tym wszystkim najzabawniejsze, używał do tego podobnych metod, jak jego współczesny spadkobierca. Bez względu na koszty ściągał do siebie wybitnych graczy tamtego okresu.
Real z lat 50-tych był drużyną kompletną, wybitną. W składzie brylowali Di Stefano, Puskas, Gento, a niedługo później dołączył do nich Raymond Kopa. Z taką armadą znakomitych, wszechstronnych techników Real seryjnie wygrywał Puchar Mistrzów (pięć kolejnych zwycięstw w latach 1956-1960). Szans w starciu z Hiszpanami nie mieli : dwukrotnie francuskie Stade Reims, Fiorentina, Milan, Eintracht Frankfurt. Potem było kilka kolejnych finałów i triumf w 1966 roku. Ten rok wyznacza także kres "Wielkiego Realu". Na kolejne zwycięstwo w najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywkach na Starym Kontynencie, klubu z Madrytu musiał czekać długie 32 lata. Niestety, nowego Di Stefano czy Puskasa, kibice "Królewskich" jeszcze się nie doczekali...
5. Mecz, którego nie było...
Rzadko się zdarza, aby wydarzenie okołopiłkarskie stało się ważniejsze niż sam mecz. Szczególnie, jeśli jego stawką jest tytuł, puchar, sława i masa pieniędzy. Finał Pucharu Mistrzów w 1985 roku, w obliczu tragedii do jakiej doszło przed jego rozpoczęciem na brukselskim stadionie Heysel, był "złem koniecznym". Musiał się odbyć, bo w innym wypadku europejskiej federacji groziłby ostracyzm ze strony telewizji i sponsorów. Piłkarze Juventusu i Liverpoolu rozegrali spotkanie, ale ich postawa i końcowy wynik miały drugo-, jeśli nie trzeciorzędne znaczenie.
Dramat rozegrał się na długo przed pierwszym gwizdkiem. Kibice Liverpoolu zaatakowali fanów Juventusu. Nie było o to trudno. Stadion był słabo zabezpieczony, a belgijskie służby nie radziły sobie z kontrolą tłumu. Angielscy chuliganie tak mocno natarli na Włochów, że ci z powodu braku możliwości ucieczki zaczęli być tratowani i przygniatani. Ostateczny bilans to 39 ofiar śmiertelnych i setki rannych. Wydarzenia na Heysel były wstrząsem, który otworzył władzom piłkarskim i państwowym oczy na problem bezpieczeństwa podczas imprez sportowych. W Anglii za sprawą Margaret Thatcher doszło do rewolucji w karaniu chuliganów, a także zmian w architekturze stadionów (tu wiele zmieniło na lepsze po innej tragedii z udziałem kibiców Liverpoolu, do której doszło w 1989 roku na stadionie Hillsbourough). Śladami Brytyjczyków podążyli ludzie z kontynentu. Praktycznie nie ma już w Europie stadionu, który nie spełniałby nawet minimalnych standardów bezpieczeństwa. I Bogu chwała ! Stadion zawsze powinien być miejscem, które kojarzy się z radością. Miejscem, gdzie przede wszystkim każdy powinien czuć się bezpieczny.

4. Za szybcy, za pewni
Podczas pierwszych powojennych Mistrzostw Świata (1950), Europę reprezentowało zaledwie sześć drużyn. Nie było wśród nich Niemiec, które skazane zostały na izolacje, nie tylko polityczną. Na kolejny turniej, RFN już nie zabrakło. Co więcej, piłkarze Seppa Herbergera wygrali całą imprezę, choć nikt nie dawał im większych szans w starciu z węgierską "Złotą Jedenastką" prowadzoną do boju przez najlepszego piłkarza świata, Ferenca Puskasa. Do konfrontacji obu ekip doszło już w fazie grupowej. Węgrzy ośmieszyli rywali wygrywając aż 8:3. W składzie Niemców grało jednak pięciu nominalnych rezerwowych, co było taktyczną zagrywką Herbergera. Trener RFN uznał, że posyłanie najsilniejszego składu na rozpędzonych Madziarów i tak nie gwarantuje sukcesu, dlatego odpuścił to spotkanie i skupił się na kolejnych wyzwaniach. Okazało się to przysłowiowym strzałem w "10". Niemcy jak burza przeszli przez kolejne fazy turnieju i w finale znów trafili na węgierskich gwiazdorów. Po 8 minutach meczu w Bernie, reprezentacja naszych bratanków prowadziła 2:0 i zamiast dążyć do strzelenia kolejnych goli - stanęła. Niemcy szybko wyrównali i wszystko zaczęło się od początku. Węgrzy pomimo przewagi szybkości i umiejętności technicznych nie byli w stanie jeszcze raz pokonać stojącego w niemieckiej bramce Toniego Turka. Za to Niemcy "ukłuli" w najbardziej odpowiednim momencie. Na sześć minut przed końcem, Helmut Rahn zaskoczył Grosicsa i zrobiło się 3:2 dla RFN. Pomimo huraganowych ataków ataków Węgrów, rezultat już się nie zmienił. Mocno uderzyło to w pewnych siebie reprezentantów całego bloku wschodniego, którzy długo po zakończeniu mistrzostw głosili tezy, jakoby sukces Niemcy zawdzięczali środkom dopingującym. Niemieckie gazety nadały spotkaniu tytuł "Cudu w Bernie". I zaiste było coś mistycznego i niezwykłego w tamtym sukcesie Zachodnich Niemiec. Bo patrząc na sprawę chłodno, zarówno z perspektywy lat 50-tych, jak i współcześnie, Węgrzy mieli tak kompletną drużynę, że nie mieli prawa przegrać...
3. Tajemnice XX wieku. Był czy nie był ? - rekonstrukcja zdarzeń
Osoby dramatu : Geoff Hurst - strzelec bramki, Gottfried Dienst - arbiter główny, Tofik Bachramov - arbiter liniowy, Uwe Seller - piłkarz reprezentacji Niemiec
(Na wypełnionym stadionie Wembley trwa finał Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Po 90 minutach jest 2:2. W dogrywce lepsze wrażenie sprawiają Anglicy. Na zegarze 101 minuta)
Hurst : Alan ! Podaj do środka !
(Po dobiegnięciu do piłki na prawym skrzydle, Allan Ball posyła dośrodkowanie w pole karne)
Hurst (podświadomie) : Geoff, masz piłkę. Musisz trafić do siatki. Musisz !
(Angielski napastnik przyjmuje, bierze szeroki zamach i uderza z całych sił. Piłka odbija się od wewnętrznej strony poprzeczki i trafia w linie bramkową)
Hurst: Jest ! Udało się.
(Koledzy z drużyny unoszą ręce w geście triumfu, a Niemcy z pretensjami biegną do arbitra głównego i liniowego, którzy przy linii bocznej konsultują decyzje)
Dienst : Tofik ! Była bramka ?
Bachramov : Absolutnie tak ! Piłka zdecydowanie za linią
Dienst : Czyli gol.
(Szwajcar gwiżdże i wskazuje na środek boiska)
Seller : Jaka bramka ? Panie sędzio, piłka spadła na linii
Dienst : Proszę nie protestować, bo będzie upomnienie.
Seller : Jasne. Oczywiście. (obraca się i krzyczy w kierunku Bachramova) Tak, czerwony zawsze za czerwonymi.
(Kilka minut później Hurst ustala wynik meczu na 4:2. Cała Anglia szaleje z radości, a Hurst do spółki z Bachramovem są bohaterami. Niemcy nie mogą pogodzić się z porażką i po końcowym gwizdku ostentacyjnie schodzą do szatni)
Morał historii jest taki, że pomimo upływu prawie 50 lat nadal nie wiemy, czy tamten gol padł, czy też nie. Tajemnica finału angielskiego mundialu jest wiecznie żywa. Czy na zawsze ? Kto wie, kto wie...
2. Gol i oszustwo stulecia
Pojedynki Anglii i Argentyny podczas Mistrzostw Świata zawsze wzbudzają ogromne emocje. Szczególnie gorąco było w 1986 roku, kiedy na wielgachnym stadionie Azteca w Mexico City obie drużyny zmierzyły się w ćwierćfinale. Wszystko przez fakt, iż zaledwie cztery lata wcześniej oba kraje toczyły wojnę o sporne terytorium Falklandów (Malwinów). Meczy rozgrywany w tropikalnym upale miał jednego bohatera. Był nim Diego Armando Maradona.
Argentyński geniusz po raz pierwszy przypomniał się kibicom w 51 minucie. Po ładnym dryblingu zagrał w pole karne, gdzie błąd popełnił jeden z angielskich obrońców, który kopnął wysoko piłkę w stronę własnego bramkarza. Maradona wykorzystał sytuacje i wyskoczył do futbolówki razem z Peterem Shiltonem. Wykazał się przy tym dużym sprytem, gdyż dotknął piłki ręką i skierował ją w ten sposób do siatki. Sędzia nie zareagował, dlatego Argentyńczycy mogli cieszyć się z prowadzenia. Kilka chwil później było już po meczu. Maradona przejął piłkę na środku boiska i ruszył z nią przed siebie. Po minięciu kilku rywali niczym slalomowych tyczek, położył także angielskiego golkipera i trafił do pustej bramki. "Goal of the Century" - tak zatytułował tę akcje i bramkę Emir Kusturica w filmie biograficznym o El Diego.
Ostatecznie Argentyna wygrała 2:1, co otworzyło jej drogę do półfinału, finału i w konsekwencji ostatecznego triumfu. Był to szczytowy moment w karierze Maradony, który dla jednych był geniuszem, dla innych - zwykłym oszustem. Takie dwubiegunowe myślenie o obecnie 51-letnim Maradonie nadal ma racje bytu. A już szczególnie w Anglii.
1. Cisza na Maracanie
Reprezentacja Brazylia ma na swoim koncie pięć tytułów Mistrza Świata i jest samodzielnym liderem tabeli wszech czasów. Aczkolwiek trzeba przypomnieć, że na pierwszą wygraną piłkarze z Kraju Kawy czekali do 1958 roku. Okazja do sukcesu nr. 1 nadarzyła się jednak już osiem lat wcześniej. Wtedy Brazylijczycy grali w ojczyźnie i wraz z Anglikami wydawali się naturalnymi faworytami. Do ostatniego dnia turnieju wszystko układało się po myśli Canarinhos. Kroczyli od zwycięstwa do zwycięstwa i w decydującym meczu (nie było stricte finału, gdyż runda finałowa rozgrywana była według systemu ligowego) przeciwko Urugwajowi mieli pewnie wygrać i uradować cały naród.
16 lipca 1950 roku Maracana wypełniła się po brzegi. Około 200 tysięcy widzów śledziło starcie z Urusami. Początkowo wszystko układało się po myśli gospodarzy. Gol Friancy z 47 minuty dał Brazylii prowadzenie. 20 minut później wyrównał Schiaffino i zaczęły się schody dla faworyta. Urugwajczycy jeszcze mocniej przycisnęli i wreszcie dopięli swego. W 79 minucie trafił Ghiggia, a jego ambitni koledzy z obrony przetrzymali napór zdeterminowanych Brazylijczyków, który tak naprawdę wystarczał remis. Wreszcie sędzia Reader z Anglii zagwizdał po raz ostatni. Maracana zamilkła, a wraz z nią cały naród skupiony przy odbiornikach radiowych. Tak dla Brazylijczyków wyglądał prawdziwy koniec świata...
poniedziałek, 12 września 2011, flisak1900