Każdemu polskiemu sportowcowi z państwowego przydziału należą się dwa wiadra zimnej wody na głowę, bo jedno może nie wystarczyć, a to na okoliczność nadspodziewanego sukcesu/zwycięstwa, i jeden zastrzyk rozweselający, a to na wypadek nieoczekiwanej porażki. A ta kuracja tak naprawdę najbardziej potrzebna jest dziennikarzom i kibicom, i wtedy można by z niej wyłączyć sportowców, ale tego budżet państwa mógłby nie zdzierżyć. To jest uwaga ogólna niezwiązana ściśle z tematem wpisu.
Blog pod dotychczasową nazwą został niestety zamknięty. Moje opinie są zbyt ogólne, zbyt kontrowersyjne i zbyt wykraczają poza tenis. Agnieszka Radwańska i tenis odtąd będą jednym z działów blogu, a blog będzie nosić nazwę : SPORT PO POLSKU. Jako wieloletni kibic sportu uważam ze mam prawo do własnego zdania, choć się z nim nie zgadzam i bardzo za nie przepraszam.
"Pierwsze schody Radwańskiej dopiero w ćwierćfinale
Agnieszka Radwańska w pierwszej rundzie turnieju w Pekinie miała wolny los, w drugiej bez żadnych problemów ograła Jie Zheng . Następny mecz będzie dla Polki jeszcze jednym spacerkiem. Pierwsze schody zaczną się dopiero w ćwierćfinale (...)".
Pod tym tekstem zamieszczonym na portalu eurosport.pl podpisał się - Eurosport - Łukasz Przybyłowicz.
Link do całego inkryminowanego tekstu: http://www.eurosport.pl/tenis/china-open-2/2011/schody-radwanskiej_sto2978200/story.shtml
Nie zamierzam się oburzać. Po prostu napiszę to co myślę. Pisząc ze schody dopiero w następnej rundzie, i że następny mecz "będzie (...) spacerkiem" 1) lekceważy się szwedzką tenisistkę Sofię Arvidsson, odbierając jej szanse na zwycięstwo, 2) a to najlepsza droga do przegrywania meczów, bo wytwarza absurdalną presję na zwycięstwa, choćby w domyśle - musicie wygrać ten mecz, bo porażka nie wchodzi w grę, jest to więc zaklinanie rzeczywistości, które wg mnie od lat niszczy psychikę i morale polskiego sportu, bo przecież w sporcie nigdy nie można wykluczyć niespodzianek, w żadną stronę, bo to wbrew nie tylko duchowi sportu, ale i elementarnej logice, bo jak można pózniej oczekiwać od polskich sportowców, że będą walczyć i sprawiać miłe niespodzianki w meczch z faworytami?, jaki miałoby więc sens kibicowanie polskim sportowcom, gdy walczą z faworytami? 3) a póżniej w razie niepowodzen następuje rozliczanie i zwalanie całej winy za niepowodzenia na sportowców, i to w bardzo niewybredny sposób, jak to wielokrotnie u nas bywa, 4) wg mnie rozumowanie zaprezentowane w powyższym tekście nie przystoi nawet szeregowemu kibicowi, a co mówić o dziennikarzach sportowych, 5) wg mnie tylko pozornie może to się wydawać sprawą mało istotną, 6) wg mnie poziom rozumienia sportu jest w Polsce bardzo niski - stąd też niski poziom polskiego sportu, 7) a przecież można przekazać myśl, że Polka będzie w tym meczu bitą faworytką, w sposób rozumny i zgodny z duchem sportu, wystarczy tylko tego chcieć i rozumieć sport, 8) rozumiem, że autor uważa że polski sportowiec nie ma własnych ambicji i woli zwycięstwa, i że trzeba go cały czas pilnować i prowadzić za rączkę, wymuszać/wmuszać na nim zwycięstwa, a jak przegra wieszać na nim psy, aby nie śmiał więcej sprawiać niemiłych niespodzianek, tak bardzo znienawidzonych przez polskich kibiców, którzy już dość mają porażek polskich sportowców, ale to moim zdaniem absurdalne rozumowanie i zazwyczaj przynosi odwrotny skutek od zamierzonego, bo wynikiem takiego rozumowania ( a może to już wieloletni nawyk silniejszy od rozumu) niemiłych niespodzianek przybywa, a miłych ubywa 9) takie łatwe z pozoru mecze bywają czasami bardzo trudne, czasami przemieniają się w długie horrory z bronionymi piłkami setowymi, meczowymi, a czasami nawet bici faworyci dostają baty i sensacyjnie odpadają, w historii tenisa, zwłaszcza kobiecego, takich meczów zbierze się bardzo ładna sumka, ale i tak polscy dziennikarze/kibice wiedzą lepiej - ma być łatwo, szybko i przyjemnie, bo jak nie... 10) osobiście nie lubię pojedynków z dużo niżej notowanymi rywalkami, bo jeśli Aga odpadnie to jest wielki zawód i nie dochodzi do meczów z uznanymi tenisistkami, więc jest podwójny zawód, bo takie mecze są najciekawsze i w nich już Aga powinna zagrać najlepiej jak się da, na pełnych obrotach, i albo szybko wygrać jeśli rywalka - mimo starań - ma słabszy dzień, albo powalczyć o piękne zwycięstwo, jeśli obie wzniosą się na swoje wyżyny. Ale to już piszę jako fan Agnieszki 11) ostatnie i najważniejsze, jeśli ktoś jest naprawdę lepszy, to nie potrzebuje żadnych zaklęć aby wygrywać ze słabszymi, zaklęcia mogą mu tylko w walce/zwycięstwach przeszkadzać wytwarzając nikomu niepotrzebną presję na zwycięstwa, która nie jest oznaką siły jeno słabości/strachu przed porażką, niestety polskie instynkty, mające swoje zródło w polskich kompleksach, na inne podejście niż u nas dominujące nie pozwalają i to nas różni od innych.---------------------------------
Dziś w Pekinie miał miejsce bardzo zażarty ( obie tenisistki walczą ze sobą i Agnieszką Radwańską o Masters) i bardzo symptomatyczny dla damskiego tenisa mecz Marion Bartoli z Andreą Petkovic. Marion po wygraniu 1 seta prowadziła w drugim z przewagą przełamania, ale rywalka ją dogoniła, przegoniła i wygrała 2 seta. W 3 decydującym secie z kolei Petkovic objęła bardzo wysokie prowadzenie 5-1, ale Marion dzielnie walczyła do końca broniąc po drodze 5 piłek meczowych i wyrównała stan meczu na 5-5, i dopiero wtedy Petkovic wcześniej nieco rozluzniona/usztywniona wysokim prowadzeniem i zawziętą pogonią nie mającej już nic do stracenia rywalki odzyskała wigor - wygrała własne podanie po czym przełamała podanie rywalki i wygrała mecz. Wielkie brawa należą się obu tenisistkom za walkę, choć wygrać mogła tylko jedna. Ten mecz jest jednym z wielu temu podobnych który pokazuje: że najtrudniej w tenisie jest zamknąć mecz, zwłaszcza gdy siły są w miarę wyrównane, że mecz kończy się dopiero z ostatnią wygraną piłką, że o wyniku decyduje drugi, ewentualnie trzeci set, że rywal który goni ma łatwiej od tego, który uzyskał przewagę, i to pomimo, że ma dalej do zwycięstwa - bo goniący nie ma już nic do stracenia, jest/może być w pełni zmobilizowany, gotowy do walki, a prowadzący jest/może być rozluzniony/usztywniony/obciążony bliskim zwycięstwem, że nie jest tak, jak chcą niektórzy komentatorzy ( np. Leszek Sidor), że powinien wygrać jeden tenisista, a wygrywa drugi, bo zawsze powinien wygrać ten który wygrywa ostatnią piłkę, a choć pan Sidor bardzo często musi powtarzać swoją maksymę, co tylko wskazuje na ilość takich meczów, to nic Go to jeszcze nie nauczyło, a to się chyba nazywa wolnomyślicielstwo, że tak jak się wywalczyło przewagę, tak samo albo nawet równie dobrze można ją stracić, że odwracanie meczów nie jest niczym dziwnym w sporcie, i nie zdarza się tylko Polakom, choć chyba Polacy reagują na nie w sposób najbardziej alergiczny i negatywnie emocjonalny, i chyba dlatego polscy sportowcy takich porażek mają szczególnie dużo, a polscy kibice bez przerwy trajkoczą o rzekomo słabej ( w domyśle wrodzonej ) psychice polskich sportowców, i niemal za wszystkie porażki obwiniają ich psychikę, a ona jest taka głównie na własne życzenie Polaków, bo Polacy ją sobie/swoim z upodobaniem - chyba godnym lepszej sprawy - niemal bez przerwy wmawiają, a do tego kibice/dziennikarze zwalają całą winę za porażki na sportowców, a sami obrażają się gdy im wytykać błędy, i dziwią się gdy sportowcy też się obrażają, a nawet nie chcą im dać do tego prawa, że takie porażki niekoniecznie świadczą o słabości psychicznej, bo zdarzają się - choć z różną częstotliwością - wszystkim, a ich częstotliwość nie musi być winą sportowców, może być wynikiem reakcji na takie porażki, że nie są to głupie/frajerskie porażki, jak się o nich często mówi/pisze, bo wraz z prowadzeniem - zwłaszcza gdy rywal jest grozny - trudność wzrasta, a nie maleje, i to pomimo, że jest się bliżej zwycięstwa, że powinno się podkreślać trudność utrzymania wysokiego prowadzenia i chwalić gdy się to uda, a sportowcy , a zwłaszcza kibice/komentatorzy/dziennikarze powinni mieć tego świadomość i nie wyzywać sportowców w razie niepowodzenia, że nie powinno być też tak, że jak nasz odwróci mecz, a Agnieszce Radwańskiej ta sztuka się wiele razy udawała, to jest cacy, wspaniale, ma mocną psychikę, a jak sam przegra niby wygrany mecz, to jest be, beznadziejny i ma słabą psychikę, bo to się zwyczajnie nie sumuje, a taka reakcja na to drugie powoduje, że tego pierwszego jest mniej i dlatego warto grać do końca natomiast pisanie/mówienie o "głupich"/"frajerskich" ( Ci co tak piszą sami by nie uniknęli takich porażek, a nawet mogłoby się okazać, że mieliby ich znacznie więcej od tych o których tak piszą, tylko że tego wolą nie sprawdzać) porażkach, o rzekomym przegrywaniu na własne życzenie, albo że powinien wygrać mecz ten, a nie tamten, wg mnie niszczy psychikę i morale polskich sportowców, i powoduje że takich porażek przybywa ( tylko Ci sportowcy nigdy nie przegrywają niby wygranych meczów, którzy albo zawsze przegrywają, albo nigdy nie wyrabiają sobie przewag) i że w tak niszczycielski sposób Polacy oddziaływują na swoich sportowców od szeregu lat, a bierze się to z wielkiego ogólnego wyposzczenia i wynikającego z niego wielkiego zapotrzebowania na wielkie sukcesy, i spowodowanej tym nikczemnej odporności na porażki polskich sportowców i jeszcze nikczemniejszej odporności na własne nimi rozczarowania, a prowadzi to na przykład do: zakładania z góry porażek, czyli braku wiary, aby uniknąć rozczarowań tzw. krakanie; żądanie gwarancji zwycięstw, inaczej obowiązek zwycięstw nad potencjalnie słabszymi rywalami ( co się musi równać obowiązkowi porażek z potencjalnie silniejszymi, bo inaczej się nie sumuje ), bo jak nie z nimi to z kim?, czyli zaklinaniu rzeczywistości; kibicowanie tylko tym którzy rokują największe szanse na sukcesy, pamiętam jeden z felietonów w Przeglądzie Sportowym pana Kryszaka, który był jedną wielką pogonią za sukcesem w polskim sporcie, bo autor chciał kibicować tylko tym którzy zagwarantują mu sukces, i nie mógł takich znależć, a przecież sukcesy ( oczywiście na miarę możliwości danych sportowców, a te ma wytyczać samo życie!) powstają w wyniku kibicowania z wiarą w sukces wszystkim sportowcom i nie są dane raz na zawsze, tylko ciągle trzeba nad nimi pracować; rozliczeń; wieszania psów itd itp, ale my stosujemy te metody tylko wobec polskich sportowców, bo akurat jesteśmy Polakami, a wobec zagranicznych sportowców, również tych z polskimi korzeniami, jesteśmy za to wyrozumiali, a nawet wylewni, pamiętamy im na ogół tylko zwycięstwa i szybko zapominamy o ich porażkach. Z całym szacunkiem dla trenera R. P. Radwańskiego, nie wiem na przykład, czy przynajmniej niektóre kortowe problemy Agnieszki Radwańskiej były nie wynikiem rzekomo słabej psychiki tenisistki ( mi się zawsze wydawało, że ma mocną psychikę i zresztą tak mówiły jej rywalki), jak chce trener - Ojciec, a nie na przykład z niskiej odporności trenera - Ojca na częste fluktuacje meczów tenisowych, częste zwłaszca w damskim tenisie, niestety nieuniknione i w przyszłości, jego wielkiego zaangażowania i spowodowanego nim chciejstwa, jego emocjonalnych reakcji w trakcie meczów, w których chyba potrzeby jest spokój i skupienie się na grze, zwłaszcza w trudnych momentach, nie wiem, nie mam pojęcia, dziele się tylko swoimi wątpliwościami. Na przykład Ojciec - trener Marion Bartoli też musi znosić zmienność losów meczów córki, robi to na ogół jak się wydaje bardzo spokojnie, a i on raz został wyproszony przez córkę z trybun, bo uznała że to jej pomoże w walce na korcie. "Piotr Radwański mówił Rz": Mecz był bardzo dobry, niemal wszystko było w nim jak trzeba, ale nie byłbym sobą, gdybym nie zauważył, że można było wygrać z Azarenką szybciej. Trzeba umieć wykorzystać to, że się prowadzi 4:2. Jednak cieszę się bardzo, bo wreszcie wszyscy zobaczyli, że Isia umie pięknie grać, że mówienie o jej ambicjach wielkoszlemowych ma sens. Dostałem setki esemesów z całego świata, pochwał było mnóstwo. Chodzę po Krakowie dumny i szczęśliwy" - rp.pl Tylko że takich niewykorzystanych okazji w damskim tenisie jest całe mnóstwo, i gdyby ktoś prowadził statystyki wszystkich meczów pod tym kątem, to pewnie ich wyniki byłyby porażające. I to się nie zmieni. Inny przykład meczu niewykorzystanych szans/zmarnowanych okazji i niby dziwnych zwrotów akcji. Mecz w Pekinie między liderką kobiecego turu Caroline Wozniacki a Flavia Pennettą. Pierwszy set wygrała Dunka 6-3, drugi wygrała Włoszka 6 - 0, a w trzecim najpierw Flavia objęła wysokie prowadzenie 4-1, następnie Carolina odrobiła straty i wyszła na prowadzenie 6 - 5 i 30 - 0 przy własnym serwisie i kiedy wydawało się że kłopoty już ma za sobą, a komentator mówił o jej mentalnej przewadze, gdyż wyszła z duzych opałów, nieoczekiwanie Flavia się nie dała, przełamała rywalkę i wyrównała na 6-6 , a na koniec w tie breaku lepsza okazała się Włoszka. Jeśli chodzi o psychikę najlepszej polskiej tenisistki, to zwróciłbym na przykład uwagę na wygranie przez nią aż 6 finałów na 8 takich okazji, ciekawe ile znalazłoby się tenisistek z lepszym wskażnikiem zwycięstw finałowych do porażek?. Paradoks polega na tym, że dwa finały przegrała do S. Kuzniecowej, która ma ujemny bilans finałowych zwycięstw do porażek ( 13-19), bo z dziewczynami nigdy nie wie, oj nie wie się.. Wg mnie jednym z głównych atutów Agnieszki jest siła spokoju, zapewne nieco pozorowana, konsekwentne dążenie do celu ( tak może się przejwaiać walka, niekoniecznie w krzykach i zaciskaniu pięści ) oraz to że najpierw myśli, a pożniej biega, a nie odwrotnie, jak co niektórzy zalecają ( na przykład komentatorzy - pani Katarzyna Nowak, czy pan Leszek Sidor ). Gdzieś to kiedyś już pisałem, więc się tutaj tylko powielę, jak dla mnie Agnieszka łączy na korcie przeciwieństwa - z jednej strony chłodną kalkulację, wyrachowanie, kunktatorstwo, a z drugiej finezję, polot, fantazję. Polka należy też do tenisistek regularnych, nie chcących popełniać dużej ilości błędów, a to okrutnie wścieka niektórych internautów, którzy uważają, że to się nie godzi, jest karygodne, niesprawiedliwe, nieuczciwe, i uważają że to nie tenisiści regularni wygrywają, tylko ich rywale przegrywają. Regularność powoduje, że w niektórych meczach nie trzeba się nawet zbytnio wysilać. Dowcip polega na tym, że u nas z racji ogólnonarodowego wyposzczenia i spowodowanego nim chciejstwa, oczekuje się samych zwycięstw ( wielkich zwycięstw) i doskonałości, a to pod sankcją bardzo niewybrednej krytyki, i nie ocenia się psychiki polskich sportowców na tle innych sportowców, nie porównuje, nie zestawia, tylko ocenia się psychikę przez pryzmat niemożliwej doskonałości, a więc zawsze wyjdzie, że nasz ma słabą psychikę, nawet gdyby porównawczo miał najlepszą w całej stawce. Tak więc nawet gdyby psychika była atutem polskiego sportowca, to i tak polskim kibicom/dziennikarzom będzie się wydawać, że to jego słaba strona, bo wystarczy że raz, czy drugi ona zawiedzie, a zawiedzie nie raz, bo nikt nie ma żelaznej psychiki. Tak więc cały czas będą wmawiać polskim sportowcom, że mają problemy z psychiką i w niej szukać przyczyn ich porażek, bo wymagają niemożliwego, bo są kibicami od samych zwycięstw i doskonałości, choć sami na ogół niewiele osiągają i są bardzo dalecy od doskonałości. U nas rządzą proste zasady - wszystko, albo nic; teraz albo nigdy; albo jesteś najlepszy, albo beznadziejny i już nic z Ciebie nie będzie i najlepiej abyś zakończył karierę i więcej się nie kompromitował. Tak już u nas jest i to się szybko - o ile w ogóle - nie zmieni. Oczywiście te zasady obowiązują tylko wobec polskich sportowców. Inny przykład, również pochodzi z tekstu który ukazał się swego czasu na portalu eurosport.pl: "Ula może sobie pluć w brodę, ale nie musi (...) Szczególnie ta druga porażka mogła odcisnąć piętno na psychice młodszej z sióstr Radwańskich. Z Chanelle Scheepers Polka prowadziła już 6:4, 5:3 i 30:15. Do zwycięstwa brakowało jej tylko dwóch piłek, ale zabrakło postawienia kropki nad i. (...)" Wtedy pisałem. Jakie piętno na psychice?, chyba z powodu absurdalnych biadoleń mediów i absurdalnym nazywaniu takich porażek "głupimi", albo używaniu innych epitetów, tak media niszczą mentalnie polskich sportowców od lat, a takie porażki to w sporcie niemal chleb powszedni. W następnym meczu Chanelle wygrała z Kirilenko mimo że Rosjanka prowadziła 1-4 w 3 secie!. Odrabianie strat to nic niezwykłego w sporcie - a Urszula miała przewagę tylko jednego przełamania - i chyba tylko polskie media i kibice z tego powodu histeryzują i tylko to nas różni od innych. Również Ł. Kubot został nazwany - gdzieś w ubiegłym roku - frajerem w jednym z tekstów na eurosporcie. pl, gdy przegrał niby wygrany mecz.-----------------------------------
"Jadwiga Jędrzejowska-Galert miała 67 lat, gdy zmarła w Katowicach 28 lutego 1980 roku. Trzy dekady potem jest wciąż jedyną polską tenisistką z wielkoszlemowym tytułem, jedyną która zagrała w singlowych finałach Wielkiego Szlema. Pozostała wielką postacią nie tylko świata sportu. Przed Erą Open, w czasach gdy biały sport zwany był jeszcze "lawn tennisem" (czyli trawiastym), Jędrzejowska stała się jego najwybitniejszą przedstawicielką nad Wisłą. Dosłownie tam, bo w Krakowie, gdzie przyszła na świat w 1912 roku. O trudnych początkach pisze w autobiograficznej książce "Urodziłam się na korcie". - Eleganckie damy patrzyły na mnie jak na dziwoląga czy cyrkówkę - pisze. - Mówiły: to ta dziewczyna od podnoszenia piłek, która ma tak silne uderzenie.
