Maks w piątek upiekł z babcią sernik, który przywiózł do domu. Zajadamy się nim do dzisiaj i pewnie jeszcze trochę na jutro starczy. Mieliśmy ambitny plan odespania w sobotni wigilijny dzień ostatnich wrażeń szpitalnych i nie tylko. Niestety. Maks zbudził nas w środku nocy potwornym kaszlem i nie dało się tego uregulować. Syropy, chrypa, kaszel... już myśleliśmy, że nici z imprezy rodzinnej. Byliśmy na pogotowiu tego dnia, bo matka miała do przyjęcia wątpliwą przyjemność zastrzyk, więc chcieliśmy od razu przebadać młodego, ale kolejka do lekarza była na 1,5-2h, więc nie było co ryzykować. Lepiej ten czas spędzić u dziadków.
Wigilia spędzona z dziadkami i wujostwem ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne. Plusy ujemne to takie, że zamieszanie jest duże, a dla matki w zagrożonej ciąży i ledwo ruszającej się to trochę karkołomne przedsięwzięcie. Po przejściach ciążowych człowiek ma naprawdę do wielu spraw dystans (czasami trudno zrozumiały dla innych), np. czy na stole będzie karp czy nie, czy coś się ugotowało jak trzeba czy też nie - ma to wszystko naprawdę drugorzędne znaczenie, yyy no może poza wodą - wolałam mieć pod ręką. Okazało się, że do sałatki z mozarellą i oliwkami, na którą to miałam ochotę, do babci dostarczyliśmy sałaty, rucolę, łuskany słonecznik, a podstawowe składniki czyli mozarella, oliwki i pomidory zostały w domu, ot tak... jakoś :)
Nawet moje podejście do tradycji wielkopolskiej w kwestii prezentów się zdystansowało, bo prezenty były pod choinką już przed Wigilią, a w domu z nocy 24 na 25 grudnia (rano).
Miałam totalny dystans do tego, o której będziemy jedli. Pierwszej gwiazdki i tak nie można było się dopatrzyć z powodu mgły, więc można było zacząć o bliżej nieistotnej godzinie. Problem tylko sprawiał żołądek (maleństwo w drodze?), no i Maksa cierpliwość była też poddana próbie, gdyż z częstotliwością co dwóch minut zadawał pytania: kiedy będzie można jeść? Czy już możemy dzielić się opłatkiem?
Wraz z pojawianiem się potraw na stole Maks zaczął je podliczać: 1, 2 , 3. 9, 10, 11, 12, 13,. 18, 19, 20 jak doszedł do dwudziestu nie licząc jeszcze różnych ciast i owoców to był wyraźny sygnał dla barszczu i ziemniaków: KONIEC PRZYGOTOWAŃ!!! Składanie życzeń, jedzonko i chyba kluczowy moment dnia zerkanie w okna czy zbliża się Gwiazdor (Św. Mikołaj). Maks, rozsądne dziecię, był jednak świadom tego, że w tym roku raczej nici z osobistego spotkania. Miał duży kaszel, a jakby się Gwiazdor zaraził to rozniósł by zarazki do wszystkich dzieci na świecie, a co to to nie do takiej epidemii nie chcieliśmy doprowadzić. Zatem można było rozpakowywać prezenty bez wizyty. Tu są właśnie te plusy dodatnie większej imprezy rodzinnej. Otóż, więcej prezentów.
Maks przygotował wcześniej list do Gwiazdora, a dzielne elfy postarały się, aby z tej listy coś się znalazło pod choinką (choinkami), bo Maks stwierdził, że pod każdą pewnie coś będzie bo to tak już jest. Elfy dostarczyły pod choinkę w porozumieniu z Gwiazdorem tor samochodowy pt. o, taki właśnie bardzo chciałem mieć i dinozaury w wersji do układania i do zabawy w paleontologa. Do plusów dodatnich można też zaliczyć wspólną zabawę, graliśmy w eurobusiness nasz mały szczęściarz jakoś wygrał.
Wieczór wigilijny teoretycznie powoli się kończył, ale matkę czekał jeszcze zastrzyk na pogotowiu, w którym byliśmy po 21 a że przygód tego dnia było mało, to jeszcze mieliśmy awarię samochodu i czekało nas holowanie do domu. Całe szczęście Maks pomimo ostrego kaszlu jakoś zasnął, a później go tato przetransportował wprost do łóżka. Rano (wcześnie!) Maks cały szczęśliwy znalazł kolejną dostawę prezentów tym razem pod choinką w domu, a wśród nich była komódka z kolorowymi szufladami (zgodnie z listem). Maks ma już dwie podobne i jak to stwierdził jest ich za mało do przechowywania legosów, instrukcji, itd. Prawo serii tj. prezenty pod choinką u jednych dziadków prezenty pod choinką w domu aaaaa może coś jeszcze u drugich dziadków jest. Trzeba zadzwonić! Nie zwlekając wcześnie rano Maks dzwoni do dziadków z zapytaniem czy aby na pewno u nich pod choinką znalazły się jakieś prezenty. Ufff są!
Niedziela upływa jakoś bez większych przygód może poza jedną: matka leży jak sparaliżowana w łóżku i ruszyć się nie może, nawet jechać na zastrzyk (!). Teraz dopiero k. 18 coś się zaczęła ruszać.
Maks zdążył już z tatą odszukać w kostce gipsu (mniej więcej wielkości cegły) sztucznych kostek mini T-Rexa, zbudowali szkielet, obejrzał jakieś dinozaury w TV, zdecydował o likwidacji kilku pojazdów zbudowanych z legosów (to jest wyczyn!)
Hmmm i czas pokaże jak nam minie końcówka roku... jestem osobiście tym rokiem już zmęczona. Dzielny tata i mąż, też jakoś na wypoczętego nie wygląda ;)
Zapraszamy do obejrzenia naszego elfowego występu - trzeba kliknąć na obrazek (strona długo się ładuje, więc prosimy o cierpliwość):
niedziela, 25 grudnia 2011, vipunia