Podczas kolejnych dni festiwalu w Wenecji swoje premiery miały przede wszystkim takie filmy jak "Potiche" - podobno powrót Francois Ozona do formy z czasów "8 kobiet" (bardzo chciałbym w to wierzyć, zwłaszcza po tak nieudanych jego produkcjach jak "Ricky" czy "Angel"). Spore emocje wzbudził też rosyjski film "Ovsyanki" o odchodzących w niepamięć tradycjach pewnego ugrofińskiego ludu oraz, a jakże, "Essential killing" Jerzego Skolimowskiego, choć media zachodnie wypowiadają się o tym filmie z większą rezerwą niż polscy dziennikarze. Wszyscy bez wyjątku chwalą za to rolę Vincenta Gallo.

Dzisiaj ujawniono również "tożsamość" filmu-niespodzianki - jest nim francusko-belgijska koprodukcja nakręcona przez chińskiego reżysera, a opowiadająca o chińskich obozach koncentracyjnych na Pustyni Gobi w latach 50. Film to podobno dosyć naturalistyczny, ale przez wielu uważany za najlepszy, jaki pokazano do tej pory na Festiwalu. Mi jednak jakoś trudno wyobrazić sobie, że Quentin Tarantino nagradza Złotym Lwem film o takiej tematyce.
poniedziałek, 06 września 2010, maurier