A było to tak... Ciężko się w ogóle w mojej sytuacji bronić. Jestem złapany na gorącym uczynku, z alkoholem bez akcyzy za pazuchą, nielegalną bronią w ręku, szczyptą kokainy w kieszeni i piracką płytą w drugiej ręce. Plany, sami wiecie, że były ambitne. Mieliście tu razem ze mną poznać wszystkie drużyny Pucharu Narodów Afryki, mieliście ten puchar wspólnie ze mną oglądać (wszystkie mecze oczywiście). No, także...
Także, kiedy już widziałem, że stoczyły się na mnie głazy, spod których się prędko nie wydobędę bardzo plułem sobie w brodę. Ale nic. Przegapiłem najpiękniejszy dla mnie turniej na świecie. Dochodziły mnie słuchy, że był beznadziejny, które z jednej strony dawały mi choć trochę ukojenia, a z drugiej - wiem, że zawsze wszyscy tak mówią, a potem i tak patrzę na te wszystkie Botswany, Gabony i Burkiny Faso zachwycony. Koniec końców obejrzałem w czasie PNA trzy mecze. Gwinea Równikowa - Libia (słaby), Senegal - Zambia i Zambia - WKS.
Niech mi ktoś powie, że ten finał był słaby... Znaczy, pewnie gdyby miliony odwiedzały ten blog, to miliony by mi to powiedziały. Ale sami zobaczcie. To rozpoczęcie gry, rzut rożny dla Zambii i tak genialnie pomysłowe, wyćwiczone jego wykonanie, że nagle facet niekryty strzela z 10 metrów w róg bramki. Afrykańska piłka to tylko kilogramy mięśni, kilometry biegu, kilometry na godzinę biegu i dzikie atakowanie? Toż to było rozwiązanie stałego fragmentu gry, które na miejscu europejskich trenerów już bym skrupulatnie rozrysowywał w kajecie.
Patrzyłem zniechęcony na wyniki kolejnych meczów, przygnieciony wyrzutami sumienia, że nie bazgrzę o tym ani słowa. No, ale myślę sobie, Zambia wisi jako pierwsza wiadomość, a właśnie wyszła z grupy. To w sumie nie tak źle, wygląda w miarę aktualnie. Później Zambia przechodzi ćwierćfinał. Później półfinał. Później wygrywa finał. Wchodzisz na "Z nogą w głowie", a tam Zambia.
I tak miało być. Wy myśleliście, że ja będę przedstawiał wszystkie drużyny Pucharu Narodów? Przecież to, co najważniejsze nie dość, że przedstawiłem, to jeszcze zostawiłem Wam na miesiąc, żebyście sobie dobrze zapamiętali.
"Można sobie wyobrazić, jaki smak miałoby wygranie finału właśnie w Libreville..." - tak zakończyłem poprzednią notkę, 10 stycznia. No i jak, z miesięcznym opóźnieniem, ale też już umiecie sobie wyobrazić ? :-)
środa, 15 lutego 2012, mitrel