Ta-dam! Jestem geniuszem marketingu. Od wczoraj. Od podjęcia decyzji o sprzedaży auta, do finalizacji transakcji upłynęło jakieś 10 godzin...
Kochałam mą Megankę miłością wielką, ale jak widać nie dość wytrwałą, by mogła ona przetrwać jesienny spleen i pochrumkiwanie coraz to częstsze.
Obudziłam się z mocnym parciem na działanie. Z bólem w sercu zrobiłam klar we wszystkich schowkach (znalazłam zaginioną dwa lata temu, kartę parkingową z jeszcze ważnym abonamentem, ha!, świeczkę Caritasu (?), pół zaśniedziałej milki, ze cztery kasztany oraz jedną czarną skarpetkę).
Cyknęłam parę fotek, powiesiłam ogłoszenie tu i tam, a po godzinie miałam już kupca. Wprawdzie troszkę mnię jego wygląd zaniepokoił, niemniej jednak pan kark był bardzo miły (może poza stwierdzeniem, że francuskie to tylko ślimaki i miłość, a nie auta) i bez większych ceregieli dobiliśmy targu.
Na pocieszenie już sobie upatrzyłam takie jedno małe czerwone japońskie toczydełko.
niedziela, 27 listopada 2011, kategra