No to są. Trochę się w międzyczasie dokształciłam i już mnie mniej zdumiewają Wasze wróżebne umiejętności rozpoznawania płci na podstawie zdjęcia sfilcowanego do rozmiarów zmokłej myszy kłębka futra.
Potwierdzam. Kolorowa to ona. Szelma, nomen omen. Prowodyrka wszelkich hucp, polska księżniczka o zmiennym nastroju, najczęściej oscylującym wokół- "no-dobra, skoro-mnie-już-karmisz-to-masz-się-głupia-pociesz-chwilę,otóż-łaskawie-pozwolę-się- pogłaskać-pod-brodą, (ale nie za długo), bo wiesz-przygoda-przygoda-każdej-chwili-szkoda".
Szogun za to jest jak smerf ciamajda. Ostatnia sztuka z miotu. Potyka się o własne krótkie łapki, nieudolnie naśladuje siostrę i jest ofiarą jej brawurowych pomysłów, co się już raz skończyło wielkim bęc i potrzebą wyprzytulania i wytarcia noska. W nagrodę wydobył z siebie pierwsze rozkoszne mruki.
U mnie bez zmian. Nadal mi odbija.
P.S. Pochwalę się: towarzystwo nie tylko czyta Owidiusza i Horacego w oryginale, lecz także bezbłędnie korzysta z miejsc odosobnienia. Takie szczwane gówniary nam się trafiły...
wtorek, 25 października 2011, kategra