Jakaś tam rozprawka, o niczym w zasadzie. Nudny wieczór więc piszę, co mnie ślina na język przyniesie. Dopiero jak najadę na okienko "Treść wpisu", zastanowię się o czym to ma być, tak dokładnie.
Zapalniczka. Bardzo fajne, zmyślne urządzenie, nie uważacie? Ludzie w horrorach oświetlają nimi ciemne zakamarki, parząc się przy tym w pluchy, podpala się nią koktajle Mołotowa i papierosy/skręty. Ale co tak właściwie jest "credo" zapalniczki? Odpowiedź jest prosta. Ogień.
Od jakiegoś czasu, przejrzałem moją kolekcję tych urządzeń i te które jeszcze paliły, eksploatowałem przez jakiś czas. Ponieważ lubię ogień, bawiłem się nimi prawie cały czas. Sam nie wiem co mnie napadło. Mogę się na niego wpatrywać i wpatrywać. Jest cudny. Według mej chorej jaźni, ogień to najwspanialsze "coś", co istnieje na ziemi. Ilekroć się w niego wpatruję... No, odpływam.
Przyjaciel ludzkości, który towarzyszył ludzkości od jej pierwszych kroków. To jego poskromienie spowodowało, że żyjemy jak żyjemy. Czy ktoś wyobraża sobie naszą cywilizację, bez tego niszczycielskiego żywiołu? Huty, elektrownie, silniki... Wszystko oparte na ogniu. Czy nie jest to najwspanialszy z żywiołów?
Powiem więcej. Bez ognia nie było by niczego. Bo czym jest to wielkie, czerwone koło na widnokręgu, zwane słońcem, jak nie kulą ognia? (tu autor postanawia zmienić nazwę wpisu z "Temat" na "Ogień")
Sednem tego nijakiego wpisu, o ile go przeczytałeś, miało być usprawiedliwienie tego, że zdarza mi się czasem coś przypalić. Np. obrus. Pomyślicie, głupie dziecko. Ja powiem - "Kurwa, znowu mają rację".
P.S. Ciekawa historyjka:
Pewnego razu, kiedym opijał moje urodziny, zaproponowałem kumplowi że napełnię mu zapalniczkę benzynową, tą właśnie substancją. Ręka trzęsła się jak osika, to też sporo benzyny wylądowało na samej ręce. Po jej napełnieniu, byłem tak dumny z siebie, że nie przewidziałem tego, że nie powinienem jej odpalać tą ręką, która była mokra od ów cieczy.
Ale zobaczenie swojej ręki, jako żywej pochodni - bezcenne.
Pół nocy trzymałem ją w misce z zimną wodą, którą wymieniałem co pół godziny. Obyło się bez poważnych obrażeń, ale napierdalała, jak pojebana. Na szczęście, żyję. Hurra...
P.S.2 Tak, to już koniec wpisu.
sobota, 28 stycznia 2012, swat44