Miało być o przełamywaniu barier psychicznych, a tu dziś dopadł mnie lęk nowy i zaprząta głowę.
Ale od początku. Macierzyństwo sprawiło bowiem, że pojawiły się w moim życiu przeszkody trudne do wyobrażenia jeszcze kilka miesięcy wcześniej. Pokonywanie ich to wyważanie otwartych drzwi. Przykładowym problem stanowiło dotarcie wózkiem na Cytadelę, gdy chodniki pozastawiane przez samochody a przerwa między karmieniami krótka. A także czy wyprawa do IKEI nie zakończy się wielkim antykonsumpcyjnym buntem Jeżyka, który źle znosi sklepy mało i wielkopowierzchniowe. Takie małe-wielkie podróże wymagają logistycznego przygotowania podobnego do wyprawy na ośmiotysięcznik. Jednak wszelkie lęki są do pokonania - jak pokazuje życie i praktyka. Wycieczka na Cytadelę została wynagrodzona miłą niespodzianką, gdyż okazało się że rezyduje tam akurat Akademia Zdrowego Rozwoju. Zaliczyliśmy zatem z Jeżykiem - ja wstecz a on do przodu - wszystkie etapy rozwoju malucha do lat trzech. Podczas gdy raczkowałam i wdrapywałam się na wielkie kanapy, Jeżyk przechodziła z rąk do rąk i wyglądał na zadowolonego. Wyprawa do IKEI też wypadła całkiem pomyślnie. I tak moja sielankowa wizja urlopu macierzyńskiego (doprawdy nie wiem komu wpadło do głowy, by ludzi wprowadzać w błąd i nazywać ten czas urlopem?!) weryfikuje się niemal każdego dnia. Przesiadywanie na ławeczce, by poczytać książek, gdy to niemowlaczek śpi w wózeczku oraz spontaniczne wypady na kawę do centrum włożyłam już między bajki. Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie próbowała mimo wszystko.
Ale to aż grzech narzekać na ten czas, gdy jego kres nadchodzi wielkimi susami. Zdałam sobie z tego sprawę, gdy nadeszła dziś prawdopodobna wizja powrotu do pracy jeszcze w tym roku. Ogarnęło mnie prawdziwe przerażenie i poczucie niesprawiedliwości. Trudno mi sobie wyobrazić, że nie będę widziała Jeżyka aż 6 godzin dziennie - a wizja tego, że właśnie podczas mojej nieobecności zacznie chodzić i mówić spędza mi sen z powiek. Przez dziewięć miesięcy czekałam na tego małego człowieczka, a teraz po pięciu ma sobie radzić sam?! Chciałyśmy emancypacji - to mamy!
Tak więc od dziś dwa razy mocniej chłonę te nasze wspólne chwile, jakbym mogła je w ten sposób zatrzymać na zawsze. Upływ czasu przy Jeżyku jest tak silnie odczuwalny. Z jednej strony z dnia na dzień jest większy i mądrzejszy, ale z drugiej coraz doroślejszy - czyli wkrótce samodzielny.
piątek, 02 września 2011, walerkowo