Maluchy siedzą sobie w pokoju z Dużym i bawią się klockami. Ja natomiast siedzę w tzw. dużym pokoju, zagłuszam się In Rainbows Radiohead i przypalam gulasz, lub coś co można by nazwać gulaszem jeśli się jest na skraju załamania nerwowego.
W tych okolicznościach przyrody zaglądam też na dawno nie odwiedzane strony i proszę...mój blog jest jedną z tych najbardziej ulubionych acz przeze mnie zapomnianych.
Pokrótce - bo i czasu niewiele - Majuta już trzeci tydzień z rzędu chodzi do żłobu (znaczy się żłobka rzecz jasna) i na pytanie, którą ręką bije dzieci wskazuje zawsze lewą:)
Misza odkąd jego pani wychowawczyni połamała się na nartach często przebywa w sali starszaków, co niewątpliwie robi na nim duże wrażenie. Parę dni temu miała miejsca taka scenka:
wróciliśmy z przedszkola, Majuta robi coś niezwykle twórczego w pokoju dzieciaków, ja próbuję na szybko skleić coś, co nadawałoby się do zjedzenia a Miszka już od kilkunastu minut walczy z materią w postaci kombinezonu w przedpokoju. Jako że dziecię już prawie pięcioletnie wstrętna matka odcięła pomocną dłoń i kazała samemu się rozbierać - co wiadomo często prowadzi do buntu. Tym razem Miszka prawie niczym stoik próbował sam sobie z problemem poradzić. I tak po parunastu minutach dochodzi mnie rzewna pieśń mego niechrzszczonego dziecięcia: Jezu ja ciebie kocham.
Zdurniałam.
A zgody na lekcje religii nie dałam.
poniedziałek, 01 lutego 2010, pospanko