do Wenecji przyjechałem podenerwowany i nieustannie jadłem. zacząłem od langusty u Canaletta, potem zjadłem coś słodkiego, najpierw u Floriana, a następnie w jednej z cukierni Mercerie , wreszcie krwawy befsztyk w modnej restauracji na Lido. a między posiłkami odwiedzałem muzea i słuchałem Verdiego w kawiarniach na placu Swiętego Marka. w tym wszystkim było coś słodkiego i mdlącego, czego nie mogłem strawić do końca, coś nieświeżego i fermentującego, przyprawiającego o rozstrój żołądka - i w Tintoretcie i w languście, i w komnatach dozów, i nawet w Goldonim. człowiek rozgląda się po Wenecji, na ulicach, gdziekolwiek, i natychmiast czuje, ze powinien zażyć sody. ( Marai ).
środa, 11 stycznia 2012, provence