Do trwającego właśnie tygodnia piłkarscy kibice w Polsce przystępowali z dużymi nadziejami. Trzy pucharowe drużyny miały dostarczyć im wielu emocji, pozytywnych wrażeń i przede wszystkim dobrych wyników. Po zwycięstwie Wisły Kraków w eliminacjach do Ligi Mistrzów wydawało się, że jest to całkiem realne do spełnienia.
Jako pierwsza bój o fazę grupową Ligi Europejskiej rozpoczęła w dniu wczorajszym Legia Warszawa. Pomimo tego, że to Spartak Moskwa miał straszyć polski zespół formą, techniką i generalnie graniem w piłkę, to za straszenie wzięli się przede wszystkim kibice.

Ku zdziwieniu większości osób na stadionie w ich ślady poszli też i zawodnicy stołecznego zespołu. Już po zaledwie kilku chwilach dzięki trochę przypadkowej akcji i skutecznemu jej wykończeniu przez Radovica Legia objęła prowadzenie. Złośliwi lub po prostu niedowierzający w tym momencie myśleli, że na pewno to są tylko miłe złego początki lub też zwykły fuks. Nic z tych rzeczy, ponieważ gracze Legii naprawdę grali taką piłkę, jakiej na Łazienkowskiej nie widziano już dawno. W kilku kolejnych akcjach właściwie tylko zespół z Rosji kilkukrotnie był w sporych tarapatach. Żeby jeszcze tylko Ljuboja w kilku akcjach zamiast bezczelnie się przewracać i wymuszać karnego, grał jak na mężczyznę przystało, to Legia by raczej na pewno podwyższyła stan tego meczu. A tak po 45 minutach była skromna zaliczka i zastanawianie się, czy aby na pewno śledzimy zespół w dobrych koszulkach.
Tak, w dobrych mogli odetchnąć wszyscy, kiedy w 52. minucie strzał światowej klasy oddał Ari. Strzał jakiego by się nie powstydził żaden stadion na świecie. ŻADEN. Szkoda tylko, że temu strzałowi można było zapobiec. Tak samo jak można było zapobiec temu, aby na rewanż jechać w możliwie najsilniejszym składzie, a nie na własne życzenie się osłabiać. Przez mniej lub bardziej przypadkowe żółte kartki Legia w Moskwie zagra bez trzech graczy z podstawowego składu. Nie jest to pocieszające, biorąc pod uwagę jeszcze fakt, że będzie tam musiała atakować. Ten plan ma szansę na wykonanie, jeśli tylko Ljuboja zajmie się grą w piłkę tak, jak to zrobił w 69. minucie.
Nie dość, że się nie przewrócił, to jeszcze znakomicie podał. No geniusz, po prostu geniusz. Szkoda tylko, że takich przebłysków znakomitości nie mieli obrońcy i już dwie minuty później dopuścili do utraty kolejnego gola. Zresztą wiele ich poczynań w drugiej części meczu sprawiało szybsze bicie serc kibiców trzymających kciuki za polski zespół. Kiedy zabrzmiał ostatni gwizdek arbitra, oznajmiający koniec pierwszego starcia tego dwumeczu, to wielu Legionistów skryło swoje twarze w rękach. Bardzo szybko do nich doszło, jak dużą szansę stracili na to, aby jechać do Moskwy z zaliczką, a nie przymusem gryzienia rywala szczęką bez kilku zębów.
Tego problemu przed rewanżem za tydzień w Bukareszcie nie mają za to gracze Śląska Wrocław. Nie mają, ponieważ zespół Rapidu już we Wrocławiu nie tylko powybijał wystarczającą ilość zębów gospodarzom, ale także i ograbił ich ze wszelkich możliwości walki w rewanżu. Wygrana 3:1 w meczu na wyjeździe i obnażenie wszelkich słabości obronnych Śląska to łup z jakim wrócili do siebie Rumuni. Ciężko się to oglądało, jak prawie każdy wypad pod bramkę gospodarzy pachniał golem, dzięki radosnej twórczości obrońców. Ten mecz tak naprawdę bardzo dobrze by się oglądało, gdyby był opatrzony komentarzem w takim oto unikalnym stylu.
Niestety i komentarz był taki sobie i gra była taka sobie. Nawet sam Orest Lenczyk zdradził mediom, że w takim wypadku Śląsk na rewanż jedzie tylko po to, aby uratować honor. Czy im to się uda, to się jeszcze okaże. Pewne jest chyba jednak to, że jeśli nic się nie zmieni, to jedyne czego nie będziemy mieć po tej rywalizacji, to niedosytu po wyrównanej ale przegranej rywalizacji.
piątek, 19 sierpnia 2011, torontos