W miniony weekend mała miejscowość, można by nawet powiedzieć wieś na Podlasiu, zamieniła się w koszykarskie centrum szkoleniowe. Wszystko to za sprawą kolejnej już edycji Konferencji Szkoleniowej Basket 2011. Tym razem głównym wykładowcą i niejako autorytetem był znakomity Terry Layton. Tę niewątpliwą okazję do pogłębienia swojej wiedzy w zakresie szkolenia nie wszyscy jednak wykorzystali w należyty sposób.
Zanim jednak zacznę się dzielić swoimi wrażeniami oraz spostrzeżeniami ze spędzonych dwóch dni na tej imprezie, chciałbym podkreślić z jakiej pozycji piszę dzisiejszy tekst. Mianowicie chodzi mi o to, że wszystkie swoje uwagi oraz odczucia odbieram, a teraz także przekazuję, przede wszystkim jako człowiek chcący dla polskiego basketu jak najlepiej i człowiek, dla którego ten sport jest naprawdę czymś ważnym. Ale OK, do rzeczy.
Tegoroczną konferencję w Turośni podzieliłbym tak naprawdę na dwie części - jasną oraz ciemną. Dlaczego tak? Ponieważ jasna była fascynująca, interesująca, ciekawa, a momentami po prostu zabawna. O drugiej zaś bym najchętniej zapomniał lub w ogóle sprawił, żeby jej po prostu nie było. Najważniejsze jest jednak, żeby minusy nie przysłoniły nam plusów, jak mawiał klasyk gatunku. I tak też będę starał się myśleć podczas pisania tego tekstu, który macie okazję teraz czytać. Praktycznie cała jasna strona tych dwóch dni wiąże się z osobą szkoleniowca, jaki zawitał na Podlasie za sprawą zaproszenia Jacka Zaniewskiego, czyli głównego organizatora tej imprezy. Terry Layton, bo o nim mowa, to prawdziwa skarbnica wiedzy, jeśli chodzi o koszykówkę zarówno amerykańską jak i też światową, oraz także o samą dziedzinę, jaką jest szkolenie. Powiedzieć, że jest jednym z 25 ekspertów FIBA rozsianych po całym świecie to mało. Napisać, że w swoim życiu jako zawodnik, trener oraz ekspert FIBA odwiedził prawie 80 krajów na całym świecie to także mało. Tak samo zresztą niewiele jakby napisać o nim taką ciekawostkę jak na przykład to, że w latach swojej młodości uczył się on i grał w tej samej szkole, o której jest słynny film Coach Carter. Trudno zresztą napisać po krótce wszystkie jego osiągnięcia i sukcesy, ponieważ było ich tak wiele, że ich lista potrafi naprawdę zadziwić. Wszystkich zainteresowanych odsyłam w TO miejsce, aby sami mogli się o tym przekonać.
Jednak jego sukcesy czysto sportowe to tylko jego jedna strona, druga strona zaś, ta bardziej ludzka i normalna, jest również warta uwagi i dużego szacunku. Bo jak można inaczej pisać o człowieku, który dzień, w którym dowiedział się o tym, że ma raka przełyku nazywa jednym z lepszych dni w swoim życiu? Jak sam mówił, ta choroba pokazała i uzmysłowiła mu wiele rzeczy, których wcześniej nie widział lub też może po prostu nie chciał widzieć. Pozwoliła mu też przewartościować swoje życie, a także zobaczyć ilu przyjaciół tak naprawdę posiada. Pomimo takich przeżyć na przestrzeni wielu lat nie stracił on w żaden sposób pogody ducha, otwartości na innych ludzi czy też nawet takiej zwykłej sympatii, jaką budził swoją osobą zarówno u mnie jak i też innych uczestników tej konferencji. Wracając jednak do czysto sportowej jego strony, to pomimo że nie mam żadnych udokumentowanych kwalifikacji, aby to oceniać, to widać było gołym okiem, kto tu jest fachowcem, a kto tylko słuchaczem. Czasami nawet aż za bardzo.
Jest w Polsce takie powiedzenie, które mówi, że w naszym kraju nie możemy mieć autorytetów, ponieważ zawsze będziemy dążyli do tego, aby taki autorytet w jakiejkolwiek dziedzinie zniszczyć, zmiażdżyć lub co najgorsze zrównać do naszego poziomu. Niestety w ciągu tych dwóch dni kilkukrotnie dostałem przykłady na potwierdzenie tej tezy. Konferencję w Turośni odwiedzili zarówno profesjonalni trenerzy, którzy chcieli poszerzyć swój warsztat i dowiedzieć się czegoś nowego i ciekawego od kolegi po fachu oraz trenerzy zespołów młodzieżowych, pracujący często w szkołach podstawowych lub gimnazjalnych. Niestety niektórzy z nich zachowywali się tak, jakby wszystkie rozumy pozjadali, wszystko już umieli, a na konferencję trafili przez przypadek lub za karę. Ostentacyjne gadanie, robienie sobie żartów czy innego tego typu akcje podczas wykładów Terryego Laytona nie były odosobnione. W moim odczuciu szczytem było w jednym z przypadków granie na swojej komórce w jakieś klocki, tetrisy czy tym podobne. Można by powiedzieć, że i co z tego, że takie rzeczy miały miejsce? Ale ja wychodzę z być może błędnego założenia, że po to się jedzie czasami przez pół Polski, wydaje pieniądze i poświęca swój czas, że nawet jeśli się nie przyda, to przynajmniej przyniesie trochę satysfakcji. Choćby ze zwykłego szacunku można by się czasem opanować i skupić na tą godzinę czy dwie na tym, co mówi osoba, która jest znacznie bardziej wykształcona i doświadczona niż wszyscy trenerzy razem wzięci na tej konferencji. Niektórych jednak to zadanie przerasta. Jeśli tak wyglądają wykłady na innych konferencjach tego typu w innych regionach naszego kraju, to jest to być może jedna z odpowiedzi lub przynajmniej podpowiedzi, dlaczego poziom polskiego szkolenia jest na tak niski.
Jeszcze zanim Terry Layton na dobre wyszedł z sali sportowej, na której odbywały się zajęcia, można już było usłyszeć komentarze w stylu co on tam wie, ameryki nie odkrył czy też to samo mógłby powiedzieć Polak. Ale właśnie w tym rzecz, że nie powiedział! Nie powiedział, bo niestety nie mamy w naszym kraju szkoleniowców z takim bagażem doświadczeń. Plus jak widać do tego nie potrafimy korzystać z tych, którzy robią nam uprzejmość i przyjeżdżają do nas edukować polską myśl szkoleniową. Było jeszcze kilka innych sytuacji, które mnie osobiście jako obserwatora dość mocno uderzyły. Na przykład taka, że po sobotnim ostatnim wykładzie na sali sportowej trener z USA zaproponował wspólne oglądanie różnych materiałów na DVD, jakie przywiózł ze sobą. Jak się później okazało chętnych do tego typu spędzenia wieczoru brakowało. Tak samo zresztą jak i do oglądania 4. meczu finału PLK pomiędzy Turowem a Asseco. Pomimo że oczywiście nie był to żaden obowiązek, to jednak pokazuje w dużym stopniu, jakimi ci ludzie są pasjonatami swego zawodu i ogólnie koszykówki. Wieczorna integracja przebiegała jednak sprawnie. Większość rozmów i konkluzji wynikających z rozmów pomiędzy uczestnikami można by streścić kilkoma określeniami: nie da się, nie ma pieniędzy oraz nie ma warunków. Tak więc moje pytanie skierowane do osób, które tak sądzą brzmi następująco: To co was jeszcze trzyma przy tym zawodzie, skoro jest aż tak źle?! Nawet biorąc poprawkę na fakt, że nasz naród jest wręcz stworzony do narzekania na wszystko i wszystkich, to taka postawa mnie po prostu irytuje. Aż czasami chciałoby się powiedzieć, że nikt nikogo do niczego nie zmusza oraz nie trzyma na siłę, droga wolna. Jest tyle pięknych innych zawodów, w których być może ktoś by się zaczął naprawdę realizować i spełniać, a przy tym nie męczyłby zarówno siebie jak i wszystkich innych dookoła.
I tak oto minęły mi dwa dni na z jednej strony kapitalnym spotkaniu ze światowej klasy szkoleniowcem, z którym miałem okazję porozmawiać nie tylko o koszu, ale też i o kilku innych tematach, a z drugiej strony na zobaczeniu, jak wypada przy tym takie polskie piekiełko. I nie wygląda to dobrze, mówiąc bardzo łagodnie. Ja natomiast cieszę się, że z tego wyjazdu wróciłem bogatszy o pewną wiedzę, jakiej wcześniej nie miałem i która pod pewnymi względami dała mi do myślenia. Żałuję tylko, że nie miałem ze sobą dyktafonu, który pozwoliłby mi udokumentować moje rozmowy z Terrym Laytonem, abym mógł się nimi podzielić także tutaj na blogu. Jednak w przeciągu kilku najbliższych dni postaram się mieć materiały wideo, które są w mojej opinii najbardziej warte pokazania szerszej publiczności. Tak więc stay tuned!
środa, 18 maja 2011, torontos
