Wrzucam, żeby sama mieć pod ręką, ale może i kto inny skorzysta.
Jezus Chrystus ukazał, że człowiek nie tylko doświadcza i
dostępuje miłosierdzia Boga samego, ale także jest powołany do tego,
ażeby sam czynił miłosierdzie drugim: Błogosławieni miłosierni,
albowiem oni miłosierdzia dostąpią (Mt 5, 7). Kościół znajduje
w tych słowach wezwanie do czynu i stara się czynić miłosierdzie.
Jeśli wszystkie błogosławieństwa z kazania na górze wskazują drogę
nawrócenia, przemiany życia, to błogosławieństwo miłosiernych jest pod
tym względem szczególnie wymowne. Człowiek dociera do miłosiernej
miłości Boga, do Jego miłosierdzia o tyle, o ile sam przemienia się
wewnętrznie w duchu podobnej miłości w stosunku do bliźnich.
Ten najistotniej ewangeliczny proces nie jest tylko jednorazowym
przełomem duchowym, ale całym stylem życia, istotną właściwością
chrześcijańskiego powołania. Polega ono na stałym odkrywaniu i
wytrwałym, pomimo wszystkich trudności natury psychologicznej czy
społecznej, urzeczywistnianiu miłości jako siły jednoczącej i dźwigającej zarazem: miłości miłosiernej,
która jest ze swojej istoty miłością twórczą. Miłość miłosierna we
wzajemnych stosunkach ludzi nigdy nie pozostaje aktem czy też procesem
jednostronnym. Nawet w wypadkach, w których wszystko zdawałoby się
wskazywać na to, że jedna strona tylko obdarowuje, daje a druga tylko
otrzymuje, bierze (jak np. w wypadku lekarza, który leczy,
nauczyciela, który uczy, rodziców, którzy utrzymują i wychowują swoje
dzieci, ofiarodawcy, który świadczy potrzebującym), w istocie rzeczy
zawsze również i ta pierwsza strona jest obdarowywana. A w każdym razie
także i ten, który daje, może bez trudu odnaleźć siebie w pozycji tego,
który otrzymuje, który zostaje obdarowany, który doznaje miłości
miłosiernej, owszem, doznaje miłosierdzia.
Tutaj Chrystus ukrzyżowany jest dla nas najwyższym wzorem, natchnieniem, wezwaniem. W oparciu o ten przejmujący wzór możemy z całą pokorą okazywać miłosierdzie drugim wiedząc, że on przyjmuje je jako okazane sobie samemu (por. Mt
25, 35-40). W oparciu o ten wzór musimy też stale oczyszczać wszelkie
nasze działania i wszelkie intencje działań, w których miłosierdzie
bywa rozumiane i praktykowane w sposób jednostronny: jako dobro
czynione drugim. Tylko wówczas bowiem jest ono naprawdę aktem miłości
miłosiernej, gdy świadcząc je, żywimy głębokie poczucie, iż
równocześnie go doznajemy ze strony tych, którzy je od nas przyjmują.
Jeśli tej dwustronności, tej wzajemności brak, wówczas czyny nasze nie
są jeszcze prawdziwymi aktami miłosierdzia. Wówczas nie dokonało się
jeszcze w pełni to nawrócenie, którego drogę ukazał nam Chrystus swoim
słowem i przykładem aż po krzyż; wówczas też nie uczestniczymy jeszcze
całkowicie we wspaniałym źródle miłości miłosiernej, które zostało nam przez Niego objawione.
Tak więc droga, jaką ukazał nam Chrystus w kazaniu na górze poprzez
błogosławieństwo miłosiernych, jest o wiele bogatsza od tego, co nieraz
w obiegowych sądach ludzkich słyszymy na temat miłosierdzia. Sądy te
uznają miłosierdzie jako akt czy proces jednostronny, który zakłada i
pozostawia dystans pomiędzy czyniącym je a doznającym go, pomiędzy
dobroczyńcą a dobro-biorcą. I stąd dążenie i żądanie, ażeby stosunki
międzyludzkie i społeczne wyzwalać od miłosierdzia, a opierać na samej
sprawiedliwości. Jednakże owe sądy o miłosierdziu nie dostrzegają tego
podstawowego związku pomiędzy miłosierdziem a sprawiedliwością, o jakim
mówi cała tradycja biblijna, a nade wszystko mesjańskie posłannictwo
Jezusa Chrystusa. Autentyczne miłosierdzie jest jakby głębszym źródłem sprawiedliwości.
Jeśli ta ostatnia sama z siebie zdolna jest tylko rozsądzać pomiędzy
ludźmi, rozdzielając wśród nich przedmiotowe dobra słuszną miarą, to
natomiast miłość, i tylko miłość (także owa łaskawa miłość, którą
nazywamy miłosierdziem) zdolna jest przywracać człowieka samemu
człowiekowi.
Jan Paweł II, Dives in misericordia, 14
środa, 02 stycznia 2008, aphoper1