Samochód zgasł. Nam, dwóm dziewczynom, nieblondynkom w dodatku i na środku skrzyżowania (no prawie). Mężczyźni ochoczo ruszyli do pomocy, kobieta wytrąbiła. Pierwszy men pomógł zepchnąć z jezdni na międzyjezdniową część przejścia dla pieszych. Men nr 2 przyjechał na ratunek i przepchnęliśmy na miejsce docelowe, czyli parking pod biurowcem. Trzeci, czwarty i piąty przyjechali radzić co dalej i podobno naprawili. Działało do czasu, gdy znów padło, tym razem naprawdę na skrzyżowaniu. Men nr 6 wyjął linę, znalazł hak w naszym aucie i poholował aż wrak silnika zapalił. Odzyskałam wiarę w męskość. I bezinteresowną pomoc przy okazji.
czwartek, 26 listopada 2009, angola