Niedawno siedziałyśmy sobie z rdzenną Kalifornijką na boisku szkolnym i w oczekiwaniu na naszych synów rozmawiałyśmy o dziecięcych grach z użyciem piłki. T była zdziwiona, że w Polsce nie gramy w tetherball, czyli piłkę na uwięzi, ani nie znam czterech kwadratów. Ona po raz pierwszy usłyszała o zbijaku i nie była tą grą oburzona, że taka okrutna, bo obiektywnie dla Amerykanina wydaje się okrutna - tak rzucać w siebie piłką celem trafienia. W naszym okręgu szkolnym, gdzie obowiązuje zasada zera tolerancji to by nie przeszło, ale T trzyma z ekspackimi mamami, więc się raczej nie dziwi.
Tetherball, to ukochana gra mojego A. Już zapowiedział, że w Warszawie na placu zabaw postawimy słupek, żeby w nią grać. Gra polega na rzucaniu piłką przywiązaną sznurkiem do wysokiego słupka. Grają dwie osoby, każda na swojej połowie. Celem gry jest okręcenie sznurka od piłki wokół słupka tak, by się zatrzymała. Przeciwnik ma odbić piłkę na swojej połowie, by nie dopuścić do tego zatrzymania.
Na szkolnym boisku jest kilka slupków z łańcuchami do przyczepienia piłki na sznurku. Właśnie taką A zakupiliśmy - ileż było radości. Już o 10 rano w niedzielę przed wyjazdem do oceanarium musieliśmy jechać na boisko szkolne, choć na 5 minut, by nową piłkę przetestować. Teraz już wiem, co mnie czeka - będę musiała przesiadywać na terenie szkoły do późnego wieczora, bo odciągnąć A od tetherball, zanim dostał swoją piłkę i grał z kolegami czyjąś, było trudno, teraz, gdy ma własną, będzie to niemożliwe...
środa, 15 lutego 2012, ag_ag