Pytanie z gatunku fundamentalnych i retorycznych jednoczesnie - dlaczego wszystko na wlasne zyczenie komplikujemy?... Doslownie, w rzeczywistosci, albo przynajmniej w glowie, w wydumaniu, w rozkmince, w dzieleniu wlosa na czworo. Zamiast po prostu sie cieszyc i rozsmakowywac w dobrej chwili my zwykle probujemy albo ją na siłę przeciagac (przeklete, faustowskie "Chwilo trwaj!), albo umniejszyc jej znaczenie (to nic waznego, to zupelnie bez znaczenia, nie ma sie czym cieszyc), albo dorobic do niej jakas ideologie, w moim przypadku zwykle jest to pesymizm defensywny, Eberhard Mock wzbogacony o prawa Murphy;ego.
Jakby nie mozna bylo po prostu cieszyc sie z czyjejs bliskosci, nie uzalezniac sie od niej i nie zamartwiac jej?...
Nie wierze, ze mogloby sie udac, nie wierze nawet, ze jest o czym mowic.
Nie wierze, ze to mogloby byc czyms, czego chcę.
Nawet, jesli bylabym w koncu byla pewna, czego chcę.
***
Uciekam w takim razie, tak najlatwiej, odwracam sie przez ramie, patrze wstecz - na poludnie, na wrzesien, na Rumunie. Spogladam za NNomada, znow i znow, dwa miesiace po spotkaniu, gdzie ci mezczyzni, boszszsz. Czytam Hertę Mueller, Andrzeja Stasiuka, Eugene Ionesco, czytam, pochlaniam lapczywie, co tylko pachnie dziwnym, fascynujacym krajem. Szukalam bukaresztanskich sladow NNomady w sieci, znalazlam... www.bookarest.pl :) Tez interesujace :)
***
Myslalam tez ostatnio o tym, ze lubie ludzi. Im bardziej poznaje ich samych, ich zwyczaje, zachowania, to, co lubia i czego sie boja, tym bardziej ich lubie. Wiem, ze cale to zdanie brzmi, jakbym opowiadala o jakims ulubionym gatunku rybek akwariowych albo swinek morskich, ale troche w taki wlasnie sposob ich lubie, niejako gatunkowo. Samce, samice, mlode troche mniej. I mowienie o nich w taki sposob nie wynika z braku szacunku do nich badz lekcewazenia, bynajmniej.
Lubie ich, mimo ze rania, chociaz chyba coraz rzadziej. Albo moze coraz rzadziej sa to rany smiertelne, po ktorych trzeba w hibernacji czekac na przyplyw nowej energii, potrzebnej, zeby wejsc na kolejny poziom gry z nowymi trzema zyciami. Sa fascynujacym materialem do obserwacji, ku ktorej coraz czesciej sie wycofuje. Niesamowita jest ich roznorodnosc, z ktorej nie zdaja sobie sprawy. Wystarczy uwaznie jezdzic tramwajem, pociagiem - przemieszczanie sie sprzyja owocnym obserwacjom - i patrzec, przygladac sie nienachalnie, zeby nie zauwazyli kamery w oku, zeby nie stracili swojej autentycznosci na rzecz gry.
Lubie ich, chociaz czasami zabieraja cala przestrzen wokol mnie, niefizyczna. Zagarniaja mnie calymi kawalami, zostawiajac w wyrwanym miejscu swoje troski, zale, problemy rzeczywiste i wydumane, niejednokrotnie swoj egoizm, subiketywizm, jednostronnosc i zagadanie. Swoj strach i panike, lęki. Wysysaja sily, odchodza szczesliwi i spokojni, a mnie nikt nie przeprowadza superwizji, nie mam filtra, wentylu bezpieczenstwa.
Ale cos w nich jest. Cos w nich, cholera, jest.
środa, 07 grudnia 2011, kalsa