Są dni, kiedy masz naprawdę dość,
I chcesz uciec od siebie i ludzi najdalej, jak tylko się da.
Lizbona, Rio i Hawana kuszą cię.
Obiecują ci zmianę, lepsze życie, nową twarz...
Niespodziewanie i nieplanowanie bylam ostatnio na koncercie Anny Marii Jopek (i dziekuje jeszcze raz :)), na trasie promujacej ostatnia plyte Sobremesa. Duzo slonecznych, bursztynowych dzwiekow, klimatu Kuby, Brazylii, Portugalii, bossa novy, szemrania, mruczenia, zmyslowosci, ale i ogromnej, cudownej energii. Glos glebszy i o wiele mocniej brzmiacy niz na plytach, glos, ktorym mozna wszystko. Niby znam, ale jednak bylam mocno zaskoczona, zreszta jak najbardziej pozytywnie. Bardzo, barrrdzo rozmhrrruczany wieczor, zanurzony mocno w jezyku portugalskim.
I tak sobie pomyslalam... Po raz kolejny jezyk obcy zdaje sie byc mezczyzna, takie mysli dzis kolo mnie. Blisko bylam z portugalskim kiedys, coraz blizej, obchodzilismy sie oboje, podchodzilismy i nagle go zostawilam, ja, przyznaje. I na koncercie tak mnie podszedl znowu, swoim szeptem, swoim uwodzeniem... Wylapywalam kazde slowo znajome, troche mi sie zacknilo i tak sie poczulam, jakbym go zdradzila troche... Ale jest tylu innych, tak bardzo pociagajacych...
Niemiecki, pierwsza milosc, z rodzaju tych nigdy nierdzewiejacych. Uporzadkowany, zawsze wszystko na swoim miejscu, poukladany i logiczny. Dajacy poczucie bezpieczenstwa i zaprowadzajacy porzadek rowniez we mnie. Mniej sie spotykamy teraz - troche tesknie, troche mysle, i chyba brak mi tego porzadkowania mnie, brak kogos, kto ogarnie chaos.
Z Angielskim sie nie lubimy i lubic sie nie bedziemy, perfect strangers. Balaganu mam az nadto i bez niego. Podobnie Japonski, chlodna kurtuazja z nieszczerymi usmiechami na twarzach.
Rosyjski ze swoim zaspiewem, domowy, familiarny, przy stole, przy herbacie, rozesmiany, dobry, cieply... Tylko zawsze zapatrzony ponad moja glowa gdzies dalej, nie moj i niczyj, nienalezacy do nikogo.
Lacinski pachnie to apteka, to kadzidlem, uspokaja i mantruje w glowie, dobry do medytacji, do zastanowienia, do milczenia. To ktos taki, kto wie.
I teraz co, Rumunski? Trudny, nie dajacy sie latwo uglaskac, to ja musze o niego zabiegac, szorstki, tylko udaje przyjaznego. Czasem szepcze podobnie do Portugalskiego, czasem spiewa jak Rosyjski, myli tropy, zwodzi, jak syrena, jak kameleon. Intryguje, wzbudza zainteresowanie, dostaje wszystko za nic. I powoduje, ze sie o nim mysli, wciaz i wciaz. Mimo, ze nie odpisuje na listy.
Już wiesz - długi rejs nie da ci nic,
Jeśli duszę masz ranną, a pamięć uwiera jak cierń.
Lizbonę, Rio i Hawanę nawet też
Spróbuj nosić w sobie,
Na deszczowy dzień...
czwartek, 10 listopada 2011, kalsa