Plany budowy Zakładu termicznej utylizacji odpadów komunalnych, zwanego potocznie spalarnią śmieci w Rudzie Śląskiej, ciągle budzą spore emocje. Władze mają tym samym trudny orzech do zgryzienia. Z jednej strony protesty grupy mieszkańców, z drugiej wymagania Unii Europejskiej i nakazy zdrowego rozsądku. Jednym z kroków, jakie są podejmowane w celu osiągnięcia kompromisu, stało się zorganizowanie publicznej debaty w Urzędzie miasta Ruda Śląska, w dniu 31 sierpnia 2010. Sala sesyjna była wypełniona po brzegi, jednak największą grupę uczestników stanowili przeciwnicy budowy spalarni. Demokracja ma swoje prawa, ale jestem stanowczo przeciwny zapełnianiu sali ludźmi, na których rzeczowe argumenty działają jedynie jak przysłowiowa płachta na byka. Jak to czasem bywa, wobec zbliżającego się terminu wyborów samorządowych, po stronie przeciwników uaktywnili się dotychczasowi radni, licząc na reelekcję. Przed ostatnimi wyborami głosili hasła razem czy rodzina, a podczas trwającej kadencji wyraźnie grali według sobie tylko znanych partytur. Teraz widać stawiają na poparcie grup niedoinformowanych, a wybitnie tendencyjne nagłośnienie sprawy jest samo w sobie dla nich pożytecznym. Jako radni powinni raczej przedtem krzewić ekologiczną wiedzę, choćby cytując prawdziwych specjalistów. Podczas debaty mogliśmy usłyszeć wypowiedzi niemal kuriozalne. Oto producent retortowych kotłów CO zachwalał ich ekologiczność. Ktoś inny psioczył na istniejące wysypiska (słusznie zresztą), ale używał ich dla zilustrowania pracy przyszłej spalarni. Jeszcze inny usiłował porównać przyszłą, nowoczesną spalarnię do krematoriów. Grupa ludzi biadoliła nad przyszłym (ich zdaniem) spadkiem wartości swoich mieszkań. Jakiś (najwidoczniej górnik) stwierdził, że spalanie węgla nie powoduje smrodu (!!!), jaki będzie produktem spalarni. Popiołu na grządki w swoim ogródku raczej nie wysypuje, zatruwając nim raczej środowisko. Skutek był taki, że poczułem duży niesmak.
Jakie są fakty? Odpady komunalne są sporym problemem współczesnego nam świata. Istniejące wysypiska dawno już wypełniły się po same brzegi, zatruwając glebę, wody nad- i podziemne, mieszkańcy setek kilometrów kwadratowych odczuwają śmierdzące wyziewy z wysypisk. Nieuczciwe firemki zbijają na zatruwaniu środowiska fortuny, potem najzwyczajniej uciekają, pozostawiając kłopot samorządom. Na szczęście przyjęto nas do grona narodów Europy, ale wiąże się to z wieloma obowiązkami, głównie nadrobienia dziesiątek lat opóźnienia cywilizacyjnego. Nasz świat dłużej nie wytrzyma szkodliwej działalności człowieka, przyszła pora na zastanowienie i właściwe działania. Musimy zdywersyfikować źródła pozyskiwania energii, pozyskiwanej dotychczas ze spalania kopalin na rzecz paliw odnawialnych. Jednym z takich są właśnie odpady. Musimy też ograniczyć niemal do zera tworzenie kolejnych wysypisk, a czas na te działania jest bardzo krótki. Dlatego budowa Zakładów termicznej utylizacji odpadów jest ostatnią już deską ratunku, szczególnie na Górnym Śląsku. W całej Europie istnieje wiele przykładów na przyjazne środowisku i opłacalne dla ludzi istnienie takich zakładów.
Historycznie rzecz biorąc, rudzka spalarnia zostać ma zbudowana na terenach poprzemysłowych, do zmiany w golfowe pola przecież niezdatnych. Dawniej istniała tutaj kopalnia, dymiła spora koksownia, pracowała elektrownia. Taka lokalizacja jest rozwiązaniem dobrym. Najnowocześniejsza technologia gwarantuje nie tylko odpowiednią jakość monitorowanego powietrza, ale również produkcję energii z odnawialnego źródła. Mało tego produktami spalarni będą również czysty tlen i paliwo przyszłości, czyli wodór. Zatem obawy o jej trujące oddziaływanie, skutkujące spadkiem wartości mieszkań są całkowicie pozbawione podstaw. W okolicach archaicznej niemal elektrowni Halemba jakoś mieszkania nie staniały, wręcz przeciwnie.
Planowana do budowy spalarnia nie będzie własnością miasta. To zyska, poza oczywiście pozbyciem się śmieci, na podatkach od jej działalności. A to cel przecież przez mieszkańców upragniony, choć sami nie zdają sobie sprawy z tego, że jakoś trzeba finansować budowę domów, parków, boisk, miejskich dróg czy basenów. Kopalnie być może (a raczej na pewno w perspektywie czasu) zakończą swoje ponad wiekowe żywoty, skąd wtedy czerpać przychody do miejskiej kasy? Dodatkowo nowoczesność zastosowanych rozwiązań da nam opinię miasta przyjaznego środowisku. Zyskać możemy źródło ciepła i energii, niezależne od kopalń. Ta dotychczasowa zależność już niedługo z pewnością stanie się poważnym problemem, a winniśmy przecież myśleć głównie o naszych dzieciach.
Nie odżegnuję jednak całkowicie przeciwników budowy spalarni od czci i wiary, bowiem wiele z istniejących obaw nie jest podstaw pozbawionych. Największe obawy budzi projektowana moc zainstalowana spalarni, czyli wielkość jej docelowego przerobu. Oczywiście ten parametr w sensie ekonomii powinien wyrażać się dużymi liczbami, ale historyczne zaszłości wydają się usprawiedliwiać konieczność jego zmniejszenia. Mam na myśli istniejący dość ciasny i zdegradowany, ale i również dopiero co projektowany układ komunikacyjny. Pół miliona ton rocznie, to dziennie jakieś 150 dużych ciężarówek na naszych drogach dodatkowo. Oczywiście pomijając śmieciarki tradycyjne! Zbudowanie dwóch spalarni o połowę mniejszych, chociaż taka budowa z pewnością będzie nieco droższą, bardziej wpisze się w wydolność naszych dróg. Projektowana trasa N-S powinna to też uwzględniać, a jej oddanie do użytku (całej!) musi nastąpić równocześnie z uruchomieniem takiego zakładu. Jeżeli natomiast zostanie mimo wszystko podtrzymany zamiar budowy spalarni o wydajności 500 tysięcy ton rocznie, powinna być także zapewniona możliwość dostaw połowy paliwa transportem kolejowym, niekoniecznie z miast aglomeracji (jak pokazuje doświadczenie np. Szwecji). Gdyby natomiast GZM powierzył eksploatację dwóch spalarni różnym podmiotom, dodatkowo wywołałoby to między nimi konkurencję, skutkującą obniżaniem cen usług z ciągłym podnoszeniem ich jakości.
Protestujący mieszkańcy są skłonni do ustępstw, obwarowując to jednak warunkiem zapewnienia im dostaw tańszej energii. W przypadku energii cieplnej jest to możliwe, natomiast elektrycznej już mniej. Wymagałoby to bowiem może nawet zmian ustawowych, skutkujących uniknięciem obowiązkowego dotąd pośrednictwa firm dystrybucyjnych. Ale znany mi przykład z Niemiec dowodzi, że to jednak jest możliwe. Osiedle mieszkaniowe, na którym każdy dom wyposażono w spore kolektory słoneczne, latem oddaje energię do sieci, za co zimą kupuje prąd dużo taniej. Przyjęcie i wdrożenie takiego modelu byłoby dla mieszkańców miasta wyjściem bardzo dobrym. Ale zauważmy też, że oznajmienie skłonności do ustępstw obwarowanej takim rozwiązaniem sprawia, że pozostałe argumenty przeciwników jakoś bledną.
Budowa spalarni powinna też być ściśle związana ze zbudowaniem całego systemu zbierania odpadów niemal od nowa. Przede wszystkim jednak, opartego na budowaniu ekologicznej świadomości mieszkańców. Na razie, np. firma PUK nie jest do tego przygotowana. Jak dzieje się w domach wielu moich sąsiadów, swoje odpady segreguję od dawna. W efekcie 110-litrowy pojemnik na odpady nie segregowane zapełniamy raz w miesiącu raptem w połowie, płacimy jednak pełną opłatę za umieszczenie 110 kg odpadów na wysypisku, przysparzając jedynie zysku firmie. To nie jest w porządku. Niektórzy zatem nawet te plastiki spalają w swoich piecach, trując sąsiadów inwestujących w czyste źródła ogrzewania domów. Ale naszych śmieci nie wyrzucamy do halembskiego lasu, jak zrobił to przyłapany przeze mnie mieszkaniec Goduli. Bo na osiedlach mieszkaniowych na razie segregacja śmieci u źródła nie jest prowadzona, przez co świadomość ekologiczna jest tam szczątkową, co odbija się czkawką protestów w sprawie budowy spalarni.
Przeciwnicy wysuwali sporo zastrzeżeń, odnośnych przyjętej dla planowanego Zakładu technologii działania. Wyniknęło to z pewnością głównie z braku rzetelnej informacji. Najlepszym wyjściem, a dla demokracji chyba jedynym, jest opracowanie takowej od nowa, poświęcenie jej specjalnego wydania Informatora. Powinny się w nim znaleźć precyzyjne dane, zapewnienie wielkości planowanych tzw. emisji, ale przede wszystkim konkretne nazwiska gwarantów prawidłowości i zapewnianej prawdziwości obliczeń. Może to zostać uzupełnione o prognozowane koszty utylizacji, oraz o koszty bądź zyski społeczne. Warto też wspomnieć ogrom prac, jakie firmy motoryzacyjne wkładają w projekty samochodów, napędzanych wodorem, które wkrótce wyjadą na nasze drogi. Bo wodór ma być przecież jednym z produktów spalarni.
Budowa Zakładu termicznej utylizacji odpadów komunalnych w Rudzie Śląskiej jest dla miasta dużą szansą dołączenia do miast nowoczesnych. Co prawda, nigdy nie będzie u nas pobierana opłata klimatyczna od turystów, ale może wreszcie przestaniemy tonąć w morzu śmieci. Jak mieszkańcy Zagłębia Ruhry. Może warto byłoby zawieźć tam autokarem (nawet na koszt miasta) grupę przeciwników, by przekonali się na własne oczy o zaletach przyjętych rozwiązań. O umiejscowieniu ich nawet w centrach miast, co nikomu tam nie przeszkadza. Tak czy inaczej spalarnia jest jedynym możliwym panaceum na nasze śmieciowe dolegliwości, a jej zaplanowane umiejscowienie najbardziej optymalnym. Oczywiście po uwzględnieniu m.in. powyższych uwag, oraz zastosowaniu ich w praktyce. W przeciwnym razie można się liczyć nawet z blokadami dróg przez zawiedzionych mieszkańców. A zastąpienie jej czymś innym (np. postulowaną kompostownią) rychło spowodowałoby, wymuszone wyziewami i kłopotem z lokowaniem jej produktu, modlitwy o powrót do pomysłu jej budowy. Niestety wówczas mogą one pozostać już tylko w sferze pobożnych życzeń, a to jest zagrożeniem w pełni realnym
Jan Kołodziej
p.s. Pokłosiem owej debaty było wiele rozmów, a także dyskusji na forach internetowych. Ma to swoją zaletę przeciwstawne wypowiedzi można przemyśleć, a spośród ich morza wyłowić te najbardziej wartościowe. Wynika z nich, że w społeczeństwie Śląska świadomość zagrożeń jest obecna, wielu ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że spalarnia powinna być końcowym elementem całego systemu. A takowego niestety, brak. Jego stworzenie wymaga nawet uchwalenia odpowiednich Ustaw. Nie zastąpią ich jednak uchwały GZM! Każdy region, jak Warszawa, Kraków, Gdańsk czy wiele innych, ma własną specyfikę. Ustawa nie może być zatem uniwersalną, a jak się kończy próba uchwalenia takiej, traktującej regiony wybiórczo, dobrze wiemy. Wspomniane w tekście rozwiązanie modelowe byłoby możliwym do stworzenia, a dostosowane do naszej specyfiki ustawy byłyby możliwe do szybkiego uchwalenia. Ale tylko przez Sejm Śląski. A ten może istnieć tylko w Województwie autonomicznym.
Brak autonomii zaczyna zatem być problemem dotkliwym. Rząd centralny nie radzi sobie nawet z najprostszymi problemami regionów, bo ich najzwyczajniej nie dostrzega. My zaś nie dostrzegamy w nim ludzi, do dostrzegania tych problemów zdolnych. Jako substytut autentycznej dbałości o gospodarkę, i to we wszystkich jej aspektach, otrzymujemy jedynie produkty demagogicznej kampanii, promującej niezmiennie od czasów socjalizmu mityczną jedność narodu, gloryfikującej niektóre bitwy czy w niczym dla nas nie zasłużonych ludzi. Kiedy na Śląsku mamy problem z budową spalarni, cała Warszawa absorbuje kraj problemem krzyża, w istocie pełniącego krótko rolę listopadowego wieńca. A to nie zapewnia porządku w naszych miastach, czy chleba na naszych stołach.
