Więc tak: czasami człowiek musi... przeprowadzić śledztwo. I to nie
byle jakie śledztwo, chociaż zapewne nie dorówna temu, które
przeprowadzają na kartach trylogii Millenium niejacy Blomkvist i
Salander. I trochę żałuję, że to nie ten rodzaj śledztwa, które łączy
dziennikarskie standardy z hakerstwem. Więc pewnie nie będzie tyle
emocji ani obgryzania paznokci.
Po drugie, że strona poświęcona jest literaturze i nie tylko, to śledztwo oczywiście musi objąć te dwie sfery.
Po trzecie każde dochodzenie zaczyna od jakiegoś punktu zaczepienia,
jakiegoś mniej lub bardziej istotnego śladu, zajawki, mglistej
pewności, intuicji i tutaj rzecz wygląda podobnie.
I po czwarte trudno rzec dokąd mnie to wszystko zaprowadzi. Bo dwie
rzeczy mnie ostatnio nurtują: amatorska literatura oraz dwie nowe
książki: Olgi Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych oraz
Jerzego Sosnowskiego, Instalacja Idziego. I jak można się domyślić
zajmę się pozycjami znanych autorów, a amatorską literaturą w
międzyczasie.
Albo inaczej: jak jedna rzecz zacznie mnie przeciążać, to zajmę się
drugą i tak zamiennie aż do ustalenia pewnych wniosków, które to
wnioski niby gdzieś krążą w kosmosie.
Obie książki udało mi się przeczytać jeszcze w 2009 roku. Przyglądałem
się recenzjom, omówieniom, wywiadom i różnym migawkom i w końcu
uznałem, że nie mogę czekać w nieskończoność aż ktoś wypowie się za
mnie, bo prawdopodobnie nie jest to możliwe. Gdzieś ktoś miał
powiedzieć, że przy okazji książki Tokarczuk na horyzoncie pojawiła się
mglista zapowiedź poważniejszej dyskusji, a nawet sporów, ale musiało
mnie coś ominąć, bo z trudem dostrzegam poza monologami jakiś żywy,
inspirujący spór o literaturę. Na stronie Jurodiwego, pod wpisem o
paraliterackim podsumowaniu za 2009 rok, jeden z komentatorów uznał, że
w ogóle nadciąga wielka smuta i nie wiedzieć czemu posłużył się wizją
literatury po Różewiczu i Szymborskiej. Że wtedy nastąpi, a póki żyją
wymienieni, to smuta nadciąga. Być może - nie wiem, bo najzwyczajniej
tego nie widzę. Rozumiem obawy i strach przed dekompozycją tradycji.
Wychodzę jednak z założenia, że jeżeli nawet dzisiaj trwa jakaś
dekompozycja, to jest to naturalna kolej rzeczy, która wyraża się w
historii literatury prostym zapisem:
kompozycja-dekompozycja-kompozycja-dekompozycja. A z tego prostego
zapisu wynika oraz z głosów, które dzisiaj żałują nad obecnym stanem
dyskusji krytyczno-literackiej, że nadciąga właśnie coś pozytywnego.
Co? No to już wątek na inną dyskusję.
Koniec dygresji.
Teraz Tokarczuk i Sosnowski.
Otóż teza śledztwa brzmi mniej więcej tak: Tokarczuk i Sosnowski,
roczniki sześćdziesiąte, uznali, że dzisiaj po stronie spraw istotnych
i wartościowych (według oczywiście autorów) muszą stanąć odmieńcy,
wariaci, ludzie żyjący na marginesie społeczeństwa, przez społeczeństwo
nie rozumiani, a nawet odrzuceni.
Pytanie jakie trzeba sobie postawić brzmi z kolei, też zresztą mniej
więcej, tak: co takiego wydarzyło się, nie wiem, w literaturze, w
Polsce, wokół nas, że i Tokarczuk i Sosnowski na kartach swoich książek
musieli posunąć się do ostateczności, żeby sprawy, które wydają im się
ważne polecić misji, która od początku, ze względu na otoczenie w
którym żyją ich bohaterowie wydaje się przegrana. Innymi słowy dlaczego
misję zlecili nie tylko outsiderom, ale przede wszystkim ludziom,
którzy przez wzgląd na swoją pozycję nie są w stanie dokonać przełomu.
I kolejne pytanie, na które trzeba sobie odpowiedzieć: czy nie jest to
właśnie jakieś pokoleniowe poczucie zbliżającej się wielkiej smuty?
Narastającej pewności, że dekompozycja tradycji (w przypadku
Sosnowskiego) oraz postępujące skażenie człowieka (w przypadku
Tokarczuk) może jedynie zostać napiętnowane przez kogoś naiwnego,
nieudacznika, dziwoląga (Tokarczuk) albo kogoś kto swoim zachowaniem
przypomina świętego i to nie takiego potocznego świętego, tylko
świętego z krwi i kości, niczym, jak ktoś zauważył, św. Franciszek. I
że w rezultacie jest to sprawa już nie do wygrania.
Jerzy Sosnowski przyznaje m.in. na swojej stronie, że Instalacje Idziego napisał będąc rozdrażnionym zawłaszczeniem religii do doraźnych, politycznych celów. Olga Tokarczuk natomiast mówi , że Prowadź swój pług przez kości umarłych jest powieścią o niezgodzie na hipokryzję i cierpienie.
Sosnowski próbuje historię wyrazić przez zasadę zaczerpniętą ze zdania, które pada w Weselu Stanisława Wyspiańskiego: Jakaś historia wesoła, a przez to ogromnie smutna.
Podobnie Olga Tokarczuk mówi w rozmowie z Justyną Sobolewską : Bardzo mi zależało,(...), żeby książka
była zabawna, żeby zrównoważyć mrok humorem, to nic, że nieco czarnym.
Dlatego tę dość mroczną przecież historię opowiadam z dystansem, choć
przecież ona ma absolutnie tragiczny wymiar. Dzisiaj ludzie boją się
mówienia serio, na poważnie. Wolą ironię i chłód.
Mamy więc podobnego bohatera, podobną motywację oraz niemal identyczną
strategię pisarską. Do tego mamy pisarzy, którzy urodzili się w tym
samym roku, co dla bohaterki Olgi Tokarczuk, Janiny Duszejko,
zajmującej się astrologią na pewno nie jest bez znaczenia.
Co więc z tym zrobimy? Przyjrzymy się głównym bohaterom obu powieści.
Janinie Duszejko oraz Idziemu. A przez nich, przez ich konstrukcje, być
może uda się odsłonić nie tylko wartość projektu, który za nimi stoi,
który został przez pisarzy dla nich skonstruowany, ale przede wszystkim
sprawdzimy do czego właściwie zostali stworzeni na kartach powieści i
czy stanowią alternatywę dla świata czy też może jest to projekt jednak
zbyt odległy od realiów, przeciw którym i oni (bohaterowie) i ich
autorzy sprzeciwiają się.
Ale o tym rzecz jasna w następnych wpisach. A zacznę od bohaterki Tokarczuk, Janiny Duszejko.
sobota, 23 stycznia 2010, rafky