Cesarfield stało w ogniu. Morze płomieni opanowało niemal cały teren kwartału militarnego, strzelając w niebo wciąż nowymi, gigantycznymi językami płomieni, które w promieniu kilkunastu mil znaczyło krajobraz dokładnie widoczną, ruchliwą łuną. Raz po raz słychać też było ogłuszającą kanonadę wybuchów, rozdzierających powietrze nagle, bez ostrzeżenia, w rozmaitych miejscach, czasami w kilku równocześnie. Był środek nocy, ale kwartał militarny bazy Cesarfield był jasny jak za dnia i oświetlał znaczną część przylegającego do niego pustego pasa terenu, za którym rozciągały się zabudowania, będące kwaterami pracujących tu ludzi, osiedlem z całą bogatą infrastrukturą. Tamtej nocy pracujący w Cesarfield ludzie, ci którzy nie byli zatrudnieni w służbach militarnych, wylegli ze swych mieszkań i lokali, w których lekką ręką wydawali zarabiane tu pieniądze i z niedowierzaniem w oczach, i ale pewnego rodzaju fascynacją patrzyli na nieodległy odblask gigantycznego pożaru. Ci, którzy służyli pod bronią, w trybie natychmiastowym wezwani zostali do kwartału militarnego. Tam bowiem toczyła się walka.
Zostali wezwani, by walczyć przeciwko dwu ludziom. Armia dobrze uzbrojonych żołnierzy została powołana w stan gotowości bojowej, by stawić czoła niszczycielskiemu żywiołowi dwu zdesperowanych mężczyzn.
Choć solidnie wyposażeni przez Maxa Rosco, choć gotowi na wszystko, dokładnie zdawali sobie sprawę, że ich misja jest czystym szaleństwem. Musiała nim być, ponieważ byli tylko we dwójkę. Rean Noyes, który pojechał tam odbić swojego młodszego syna Garetha. Który pojechałby tam po niego, nawet gdyby nie towarzyszył mu jego kompan, Jeys Greves. Ten sam Jeys, który jeszcze niedawno patrzył na Reana jak na swojego najgroźniejszego rywala w walce o uczucia dziewczyny. Ten Jeys, który doskonale wiedział, że gdyby nie Rean, nie byłby w stanie rozprawić się z Kassandrą i ujść z życiem w tej wielce ryzykownej rozgrywce. Dlatego też, mimo iż jeszcze niedawno Rean był konkurentem, wrogiem niemalże, przestał nim być w chwili, kiedy podjął wyzwanie i postanowił uratować swojego dzieciaka. Jeys w mgnieniu oka stanął z nim ramię w ramię, nie zastanawiając się nad motywami swojej decyzji, nie rozważając nawet jej słuszności. Taka była naturalna kolej rzeczy. Taki porządek został ustalony kiedyś nie wiadomo kiedy i tak musiało być. Skoro jeden z nich podejmował walkę, drugi natychmiast stawał u jego boku, by go wspierać, a wtedy przestawały istnieć wzajemne animozje i urazy, znikała podejrzliwość, z jaką na siebie spoglądali i żaden z ich już nie zastanawiał się, co myśli ten drugi i jakie są jego prawdziwe intencje.
Ryzyko było olbrzymie i Jeys o tym wiedział. Ale jego poczucie obowiązku wobec Reana było jeszcze większe, dlatego nie mógł podjąć żadnej innej decyzji, nie mógł ustanowić żadnego innego priorytetu.
Po swojej ostatniej, pamiętnej rozmowie z Reanem w Sallavatt, wtedy kiedy ten przekonywał go na plaży w zatoce, że powinien porozmawiać z Jennie, że wbrew wszystkiemu powinien jednak zrobić ten ważny, być może najważniejszy w życiu krok i pójść do niej pod Samotną Skałę, Jeys ostudził nieco swoje rozszalałe uczucia. Emocje opadły i nie czuł już do Reana takiej niechęci, jak jeszcze kilka godzin wcześniej. Ale zupełnie nie wiedział jak postąpić wobec Jennie. Jak rozegrać całą sytuację. Szedł pod Samotną Skałę z mieszanymi uczuciami, nie mogąc w żaden sposób dojść do porozumienia z samym sobą. W rezultacie zawrócił z obranej drogi i zaszył się w gąszczu palm i zarośli tuż przy plaży. Usiadł pod jakimś drzewem, osłonięty przed ludzkim wzrokiem bujną roślinnością i targany wewnętrznymi rozterkami, rozmyślał, ukrywszy twarz w dłoniach.
Nie tak wyobrażał sobie to wszystko. Nie takie miało być jego spotkanie z Jen po piętnastu latach, w czasie których oboje byli przekonani, że to drugie nie żyje. Jeys nie mógł sobie w żaden sposób wytłumaczyć co i dlaczego tak naprawdę zaszło, kiedy witał się z nią po tych wszystkich koszmarnie długich latach. Rozstawali się pełni wzajemnej miłości, tego uczucia, które powinno było przecież przetrwać każdą próbę czasu. Tymczasem ona potraktowała go z obojętnością, której on nie mógł znieść, której nijak nie był w stanie zaakceptować. A te wszystkie rzeczy, które wydarzyły się później... Nie, nie był w stanie o tym myśleć. Kochał ją, mimo wszystko, ale jego uczucia zostały tak dotkliwie zranione, że on sam bał się, czy będzie jeszcze w stanie otrząsnąć się z tego, wybaczyć, puścić w niepamięć i zacząć od nowa...
Z rozmyślań wyrwało go nawoływanie. Dwa głosy. Jej i jego. Wołała Jennie i wołał Rean. Jeysowi serce na moment podeszło do gardła, kiedy uświadomił sobie, że wystarczy krótka chwila, aby tych dwoje znów było razem, ale już w następnej chwili zaczął nasłuchiwać uważniej. Coś dziwnego pobrzmiewało w tonie głosu Reana Noyesa, jakaś ledwo uchwytna nutka, która zaniepokoiła Jeysa. Po kilkunastu sekundach był już niemal stuprocentowo pewny, że musiało stać się coś złego. I jak na komendę jego mózg przestawił się na zupełnie inne tory. Jeys podniósł się z miejsca i przedarł się przez bujne zarośla. Zobaczył ich w niewielkim oddaleniu.
- Rean! krzyknął w jego stronę, a ten natychmiast obejrzał się za siebie i podążył w jego kierunku. Kilka jardów za nim biegła Jennie.
Jeden rzut oka na twarz Reana upewnił go, że jego przeczucia okazały się słuszne. Coś się stało. Ale na litość boską, co?
- Musimy pogadać wyrzucił z siebie Rean zanim jeszcze zdążył się zbliżyć. Oddychał szybko i zdawał się zupełnie nie zwracać uwagi na Jennie, która przybiegła w ślad za nim. Muszę natychmiast stąd wyjechać mówił dalej Rean. Patrzył mu prosto w oczy. I wy też musicie. Te skurwysyny dopadły mojego chłopaka. Młodszego, Garetha. Trzymają go w Cesarfield. Zabiją go, jeśli w porę go stamtąd nie wyciągnę.
- Jezu... Jeys przetarł dłońmi twarz. To dlatego, że my...
- Nie ważne dlaczego przerwał mu Rean. Nie mam ani chwili do stracenia. Ale potrzebuję pomocy. Nie, nie twojej powiedział szybko, widząc, że Jeys otwiera usta. Potrzebuję pomocy Maxa. Nie śmiałbym prosić, gdyby chodziło tylko o mnie. Ale dzieciak nie zawinił. Całe życie przed nim...
- Max udzieli ci każdej pomocy, jaka będzie potrzebna. A ja jadę razem z tobą.
- Jeys.
To był głos Jennie. Stanowczy, ale chyba odrobinę drżący. Kiedy na nią spojrzał, zobaczył zacięty wyraz twarzy i oczy, które domagały się jego odpowiedzi. Odpowiedzi na pytanie, które nie padło.
- Chodźmy zarządził Jeys. Nie marnujmy czasu. Trzeba natychmiast skontaktować się z Maxem.
- Jeys! powtórzyła twardo, nie ruszając się z miejsca.
- Chodź powiedział głosem nie znoszącym sprzeciwu, patrząc jej odważnie prosto w oczy.
Poszła z nimi, ale trzymała się nieco z tyłu. Obserwowała ich barczyste sylwetki, kiedy w całkowitym niemal milczeniu szli w stronę zabudowań Sallavatt. Kiedy wchodzili na dziedziniec, Jennie odezwała się po raz trzeci. Przystanęli obaj, odwrócili się w jej stronę.
- Co masz zamiar zrobić? spytała, patrząc Jeysowi prosto w oczy.
- Jadę z Reanem po jego syna odparł całkowicie spokojnym głosem.
- Spakuję rzeczy. Twoje też powiedział Rean i oddalił się zostawiając ich samych.
- Więc miałam rację. Nie upłynęło zbyt wiele czasu, a ty znów zostawiasz mnie samą. Znów wyjeżdżasz i będziesz narażał życie. I znów istnieje bardzo realna możliwość, że nie wrócisz.
- Wrócę powiedział ze spokojną pewnością siebie w głosie.
- Jeys Jennie wzięła głęboki wdech. Jeśli mnie teraz zostawisz... jeśli wyjedziesz i zostawisz mnie, już więcej nie wracaj.
- Wrócę powtórzył z uporem.
- Wybieraj przełknęła ślinę. Albo jedziesz z Reanem, albo zostajesz ze mną.
Przez chwilę patrzył jej w oczy bez słowa. Nie odwróciła wzroku. Jej twarz nie zmieniła wyrazu. Chciała, żeby dokonał wyboru. Ale on już to zrobił. Zrobił to w tym momencie, kiedy Rean powiedział mu co się stało. Zamierzał pomóc Reanowi. Ale bynajmniej nie zamierzał dać się zabić.
- Mam wobec niego dług odezwał się. Honorowy. Narażał dla mnie własne życie. Nie mogę zostawić go teraz z jego problemami.
- I to jest ważniejsze ode mnie?
- Nic nie jest ważniejsze od ciebie. Ale to nie jest kwestia wyboru pomiędzy tobą, a Reanem. Te dwie sprawy funkcjonują na zupełnie innych poziomach.
- Popraw mnie, jeśli się mylę, ale to nie będzie bezpieczne, prawda? Będziesz narażał życie. Możesz nawet zginąć.
- Poradzimy sobie - powiedział. - Pomogę Reanowi w pakowaniu - dodał.
To nie był ten Jeys, którego znała przed laty. Zupełnie nie ten. Tamten Jeys nie potraktowałby jej w ten sposób, z chłodnym dystansem, z zimną pewnością swego. Tamten Jeys miałby ogromny smutek w oczach i ogromny dylemat, czy rzeczywiście podejmuje słuszną decyzję. Nie mogła pojąć, co takiego stało się z tym człowiekiem przez te wszystkie lata. Czy aż tak zmieniło go to kassandryjskie więzienie? Co mu zrobili, że wyzbył się tych wszystkich cech, które różniły i wyróżniały go spośród wszystkich innych?
Stała na dziedzińcu nieco oszołomiona, niczego nie rozumiejąca. Próbowała ułożyć sobie w głowie te wszystkie wydarzenia, odczucia i fakty, jakie dotarły do niej w ciągu ostatnich kilku godzin i wiedziała, że sobie z tym nie poradzi. Powiedziała Reanowi, że Jeys jest sensem jej życia. I to była prawda. Uświadomiła to sobie po tej niefortunnej nocy z Reanem. Chciała powiedzieć o tym Jeysowi. Nie zdążyła, bo zanim zdołała w ogóle odezwać się do niego, dowiedziała się, że znów ją opuszcza. I znów z powodu, który w jej mniemaniu nie był tego wart. Poczuła, jak od środka zaczyna przygniatać ją ogromny ciężar. Nie, pomyślała. Nie będę szczęśliwa z Jeysem. Nie będę z nim, bo nie jest mi to pisane. Ilekroć spotykamy się po latach, już w chwilę potem okazuje się, że muszę go stracić. Dlaczego? Dlaczego?
Zobaczyła, że wyszli na dziedziniec z niewielkimi torbami podróżnymi. Patrzyła jak podchodzą do niej.
- Dlaczego mi to robisz, Jeys? spytała bardzo cicho.
- Jego syn ma kłopoty. A ma je dlatego, że to ja wplątałem Reana w tą paskudną historię. Nie byłbym w stanie spojrzeć na siebie w lustrze, gdyby okazało się, że chłopakowi coś się stało, a ja nie ruszyłem palcem, żeby mu pomóc.
- Wolisz mieć na sumieniu moje życie?
- Przestań histeryzować, Jen. Wrócę.
- Więc chcę, żebyś wiedział, że jeśli coś ci się stanie, ja...
- Jeys wtrącił się Rean może nie powinieneś...
- Jadę z tobą odparł twardo, z tym samym, kamiennym wyrazem twarzy.
- W takim razie jadę razem z wami powiedziała, a stanowczość w jej głosie sprawiła, że obaj wlepili w nią wzrok.
- Jedziesz. I zostajesz u Maxa powiedział Jeys.
- Nie. Pojadę z wami po tego chłopaka. Dacie mi jakąś broń i pojadę tam razem z wami. Skoro Jeys jest pewny, że wróci, dlaczego ja nie miałabym być pewna?
- Pojedziesz z nami i zostaniesz u Maxa powtórzył.
- Nie, Jeys odparła spokojnie z lekkim uśmiechem. Pomogę ci, Rean zwróciła się do Noyesa.
- Dobrze. Ale nie mamy czasu na pakowanie twoich rzeczy. Musimy się zbierać. Wsiadaj do samochodu powiedział Rean, a ona posłusznie pomaszerowała do jeepa.
- Co ty robisz, Rean? zapytał Jeys spokojnie, niezbyt głośno.
- Zabieram ją do Maxa odparł tamten równie spokojnie. Jeśli będzie trzeba zamkniemy ją tam na klucz. Nie może tu zostać, przecież wiesz.
Z domu wybiegł Norman. W ręku trzymał niewielki plecak.
- Jadę z wami! oświadczył.
- Nie powiedział Rean. Tam będzie potrzebna maszyna do zabijania, nie psycholog. A ja nie będę miał czasu na pilnowanie pałętającego mi się pod nogami cywila.
Twarde spojrzenie oczu Reana sprawiło, że z twarzy Normana zniknął wyraz stanowczości.
- To mój brat... powiedział jeszcze tylko.
- Wiem. To mój syn. I wyciągnę go z tego.
- A ona? ruchem głowy wskazał samochód i siedzącą wewnątrz dziewczynę. Dokąd jedzie?
- W bezpieczne miejsce. I tobie też radzę takie znaleźć. Choć prawdopodobnie tutaj, w Sallavatt, nikt cię nie dopadnie. Ale ostrożności nigdy za wiele. Uważaj na siebie dorzucił jeszcze na odchodnym.
Usadowili się w terenówce, Rean za kierownicą, a Jeys z tyłu, obok Jennie, choć przednie siedzenie obok kierowcy, było puste. Rean zapuścił silnik i ruszył ostro, wzbijając tuman kurzu i zostawiając w tyle stojącego na dziedzińcu bez ruchu Normana Noyesa.
czwartek, 01 lipca 2010, kulkakurd
