Wczorajszy dzień był tak zapętlony, że hej. Jak wyszłam z domu rano, to wróciłam przed 22. Między sklepami jeździłam w tą i spowrotem. W jednym wypatrzyłam fajną bluzkę, ale nie ma mojego rozmiaru. Jadę do drugiego. Kupuję. Przy okazji zerkam na spódnicę, ale mojego rozmiaru brak. Mój rozmiar jest... w pierwszym sklepie! I tak napykałam wczoraj chyba 70km po mieście.
Oczywiście ciągle w dzikim pędzie. Bo czas, czas, czas! Jak jechałam na spotkanie to niewiele brakowało, żebym odstrzeliła głowy kilku palantom za kierownicą. Na szczęście dojechałam w jednym kawałku, a samo spotkanie pozwoliło mi zatrzymać się wreszcie na moment w miłym towarzystwie, w miłym miejscu.
Na koniec dnia czekało mnie jeszcze pakowanie, do którego podeszłam ze stoickim spokojem - jak się nie mogłam zdecydować między spodniami i spódnicą, to spakowałam obie rzeczy i już.
Na koniec jeszcze w łazience potłukłam w drobiazgi dentosept i odkryłam, że dzięki niemu fugi zabarwiają się na żółto. Jako, że średnio to pasuje do błękitnej łazienki, zatem o 1.30 jeszcze czyściłam fugi (całkiem spokojna, jak kwiat lotosu niemal) i dziś muszę przyznać, że są bielutkie. I mają świeży chuch.
poniedziałek, 09 listopada 2009, kreseczka78