ostatnie liście postanowiły mi spaść na głowę. Wyczyn nie lada jaki, bo śmigałam na rowerze, bezczelnie wykorzystując to, że listopadowi ciągle się wydaje, że jest wrześniem. Szkda tylko, ze nocą powraca do zdrowych zmysłów i bezlitośnie obgryza drzewa ze złotocieni...
Gladiator pięknomuzyczny, Russel z chudym pysiem wyszlachetniony przez niewielki zarost, stąpa ciężko po piasku areny. Nie liście, a płatki róż. Upał setek oddechów. Czyż nie jesteśmy aktorami w jedynym przedstawieniu, bez możliwości bisowania?
czwartek, 19 listopada 2009, szyszka_dono