
Do tej pory pisałam o Paddingtonie dla maluchów (3+). Teraz czas na wersję dla starszaków. Może na początek moja krótka refleksja otóż cieszę się bardzo, że na rynku zalanym (dosłownie) przez disneyowskiego, skądinąd całkiem sympatycznego ale hm, hm, no, właśnie, Kubusia Puchatka, znalazło się miejsce również dla Paddingtona. Przetłumaczony przez biegłego w pisaniu Michała Rusinka ( Mały Chopin ) przybył do nas po raz kolejny w całej swej okazałości. Pamiętam, że kilka lat temu była próba reaktywowania Misia Paddingtona przez jakieś wydawnictwo (nie pamiętam, jakie), ale odnoszę wrażenie, że chyba niezbyt poradziło sobie ono z legendą. Potem była dłuuuuuga cisza, a teraz co kilka miesięcy mamy Paddingtona w nowej odsłonie. Czy wiecie, że Miś ma już 50 lat? Jakże zmienił się świat. Nawet mroczne zakątki Peru, ojczyzna Paddingtona, już nie są takie mroczne jak kiedyś. Pojawiły się gadżety i nawet edukacyjna strona internetowa . Jednak pomijam już to całe zamieszanie wokół Misia, ponieważ osobiście wolę tego najzwyklejszego Paddingtona, czarno białego, narysowanego przez Peggy Fortnum, bez maskotek, kubeczków itd. Najlepiej oddać się w ręce wyobraźni. Pewnie jestem staromodna, ale, no cóż taka już jestem. Stronę internetową moje dzieci też pewnie odwiedzą dopiero za lat kilka. A więc, wracając do słowa pisanego - dla niewtajemniczonych - na dobry początek przyjaźni polecam książkę Miś zwany Paddington , a potem można czytać już wszystko z górki, co nam wpadnie w ręce.
Początki Misia związane są z pewną wigilią sprzed 50 laty, kiedy to Michael Bond kupił swojej żonie pluszowego niedźwiadka. Imię pochodzi od pobliskiej stacji metra Paddington. Czytając o misiu ogarnia mnie zawsze fala ciepłych uczuć i wspomnień. Świat, którego już nie ma. Jak czułby się dzisiaj, gdzie trzeba mieć czasami silne łokcie, by wywalczyć swoje. Dobroduszny, gapowaty, powolny, dziecięco naiwny demaskuje nasze wady, stereotypy, dziwaczne przyzwyczajenia też cwaniactwo, gruboskórność, krótkowzroczność.
W tej części Paddington pomaga sąsiadowi, panu Curryemu, w walce z atakiem zimy, zostaje zaproszony na wspaniałą uroczystość do fabryki marmolady, urządza gruntowne porządki, spędza dzień nad morzem, ratuje sytuację podczas gry w krykieta. Czytam sobie Paddintona, przypomina mi się pierwsze spotkanie z nim wiele wiele lat temu. Paddington broi, broni się, dyskutuje, tłumaczy. Podśmiechuję się do siebie pod nosem. Przypomina mi się cytat z Gogola I z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie. I coś w tym jest. Naprawdę, wierzcie mi.
Wydawnictwo ZNAK
poniedziałek, 04 stycznia 2010, be.el