To cudowne słowo. Pieszczotliwie zwracaj się tak do mnie mój jedyny.
Cieć.
Tutaj siedź.
Chcę cię mieć.
Kamieniczne centrum dowodzenia na jego nogach, na beczce prostowanych, stojące.
Legenda. Ledwo żywa.
Widzę kolejne zmarszczki na wysokim czole, woda codziennie wyciskana z aloesu w doniczce już nie pomoże. Znowu pewnie jakiś chuj obraził mego kamienicznego boga nadaremno. Niech ci wsza w ucho wejdzie, śmiertelniku.
On jest ponad. Orgastyczny stan mi fundując każdego dnia.
Kiedy pluje, idzie, biegnie, nie on nie biegnie, bo on wiedział już przed Stingiem: a gentleman will walk but never run.
Przycina gałązki drzew, a mnie ze szczęścia rośnie szczecina.
Podlewa trawę, a ja wystawiam swoje nędzne popłuczyny biustu i udaje, że robię sobie budyń.
Dzień dobry nikomu nie mówi, bo nie jest taki kwadratowy. Będę jego kołem. Nawet piątym.
A gdy zadymka śnieżna on tą łopatą w powietrzu fantazyjnie macha i nowy lepszy świat tworzy.
Nie trudź się, mówię do siebie. On już ma swoją donnę, rura to wybitna- przepuszcza przez siebie wszystko. Wiaderka za nim nosi, wyjałowioną trawę zagrabi, a i on w przelocie wodą z węża ją popryska, więc symbioza jest.
A ty siedź w oknie, siedź. Czasami coś zjedz.
sobota, 06 czerwca 2009, mamrotanie