Czwartek, 12 sierpnia. Rano, na dobry początek dnia - przede wszystkim solidne śniadanie w hotelowym bufecie. Potem, koło jedenastej, jedziemy całą grupą na miejscowy bazar.
Ponieważ w sobotę wracamy do Polski, chcemy kupić ikrę oraz wędzoną rybę (jakaś miejscowa odmiana łososia, rewelacyjna). W sklepach kawioru praktycznie nie ma, a miejscowi doradzili, że najlepiej wybrać się na bazar. Dlatego jedziemy. Chcemy również poszwędać się i porównać z innymi tego rodzaju miejscami.
Na "rynek" trzeba pojechać autobusem, około 10 przystanków. Na piechotę kompletnie się nie opłaca iść, tym bardziej, że jest gorąco.
Bazar jak to bazar. Ciuchy, jedzenie, owoce. Mydło i powidło. Jest akceptowalnie czysto. Znajdujemy targ rybny i tam dajemy kupcom nieźle zarobić, bo robimy solidne zakupy. W międzyczasie obserwujemy bójkę między Rosjanami a Chińczykami. Ale sprzedawczyni nas ostrzega, że to tak "dla zabawy". Nasz pilot dodaje, że czasem tak specjalnie robią, żeby odwrócić uwagę, i ułatwić pracę kieszonkowcom. Więc mamy się na baczności.
Wracamy do hotelu i każdy spędza resztę dnia tak jak mu pasuje.
Ja idę połazić po mieście - chcę odwiedzić cerkwie i jeszcze raz pójść do portu. Po drodze wchodzę do domu towarowego, myśląc że to GUM (dopiero następnego dnia trafię do prawdziwego GUMu, ten dom towarowy to centralnyj). Z zewnątrz nic specjalnego, a w środku piękne wnętrze. Marmurowa klatka schodowa, a w środku schody ruchome i winda. Super.
Znajduję jedną cerkiew, na szukanie kolejnej nie mam siły, bo jest solidny upał. Wracając do hotelu oglądam miejscową plażę i postanawiam wybrać się na nią następnego dnia.
Czas na sjestę. A wieczorem znów idę na spacer po bulwarze. Tym razem idę trochę później, żeby załapać się na zachód słońca. Bulwar nad morzem (a tak naprawdę nad zatoką Piotra Wielkiego, morza japońskiego) wraz z bulwarem Fomkina, który z centrum doprowadza do morza, to jedno z bardziej urokliwych miejsc Władywostoku (jeśli nie jedyne). Bulwar jest dość długi, jest sporo ludzi, ale dużo mniej niż np w nadmorskich miejscowościach w Polsce. Dochodzę do końca bulwaru, czekam na zachód słońca i wracam do hotelu.
wtorek, 17 sierpnia 2010, transsib2010