Można by zacząć: Od ostatniego wpisu wiele się wydarzyło... i byłaby to prawda...:) bo działo się wiele i wiele dzieje się nadal.
koniec lipca to wielkie pakowanie i wyjazd z cieszyńską wspólnotą ZACHEUSZ do Medjugorje na XXII Festiwal Młodych. Po 17 godzinach spędzonych w autokarze powitaliśmy Bośnię i Hercegowinę. Właściwie to ona nas przywitała - upałem i słońcem. Był to wyjazd na festiwal - miałam obraz wielkiej radości i świętowania. Jednak okazał się to czas ciszy i pokory - takich prawdziwych rekolekcji... Ciężko było już na początku - bo wspólnota nie mieszkała w jednym miejscu razem, nie mogliśmy więc spędzać wolnego czasu całkowicie razem, przez co więcej było momentów na przemyślenia, samotne patrzenie na to co się dokonywało. A działo się wiele - poczucie pustki, pustyni, posuchy łączyło się ze złością, żalem i smutkiem... Nie czułam tego. Wszędzie ci ludzie, tak wiele narodowości, języków... i jak się tu skupić? I spowiedź, której nie było w planach - moich planach... Ale Matka Boża tak mocno działała, tak bardzo chciała bym i ja przytuliła się do Niej, że nie pozwoliła mi wyjechać stamtąd bez radości w sercu. I działała. I Jezus powoli docierał do mnie. Przyszedł w sakramencie pokuty. To miejsce to jeden wielki międzynarodowy konfesjonał...
Ten czas wiele mi pokazał - szczególnie, że nie MOJA wola ma się spełniać... I coś w sercu mnie tam ciągnie za rok... choć tak się zapierałam na początku... bo jest wiele miejsc i zdarzeń, które nie do końca mi "leżały" ale dziś wiem, że jestem wolna i nie wszędzie muszę być...:) ufam, że będzie mi dane pojechać tam za rok...:) wszak Mama zaprasza:)
dzień odpoczynku po powrocie i dalej z plecakiem... tym razem do Stryszawy na kurs "Jan"... z Anią i ojcem Efraimem pojechaliśmy pogłębiać nasze relacje z Mistrzem i Nauczycielem. Jak się okazało - był to też czas pogłębiania naszych relacji, takich ludzkich... Otwarcie się na siebie, zaufanie... i szczere rozmowy...:)
Pan dał mi łaskę bycia tam z nimi, ale także możliwość poznania niesamowitych osób. Wiem, że wielu z nich już nigdy nie spotkam i dlatego nie warto było się bardzo przywiązywać... jednak Bóg postawił mi na drodze kilka osób co do których ciężko było się rozstać. Szczególnie x. Wojtek, który stał się mi bardzo bliski - być może za swe ciepło i ojcowskie patrzenie na mnie, bez kpiny, za to z wielką miłością i czasem ironiczną radością...:P
Gdy nagle wyjechał w połowie kursu, nie umiałam znaleźć sobie miejsca... jednak i teraz Pan pokazał mi, że to JEGO wola ma się spełniać, nie MOJA... i uczył zgadzać się z Nim, oddawać co boli, oddawać swój plan na życie choć tak kurczowo trzymam go w swoich dłoniach... To był czas wyzwolenia...
potem były już tylko krótkie epizody w cieszyńskim życiu... praca nad sobą i "Kłamstwami, w które wierzę" - czasem tak bolesna, że aż nie do uniesienia... jednak i to daje mi prawdziwą wolność... bo odkrywając kłamstwa w których żyję, odkrywam też pewne mechanizmy i uczę się przeciwstawiać temu... polecam tę książke każdemu:)
no i sobotnie czuwanie... Na rowerach przyjechali Paweł i Agatka... byliśmy tu razem, tworząc wspaniałą wspólnotę przyjaźni:) i Duch Święty działał mocno... przychodził ze Swoim odpocznieniem. A do mnie z zapewnieniem o Swej delikatności. I nie robił wielkich rewolucji. to było bardzo spokojne czuwanie... pełne wyciszenia i pokory. Ale i w tym Jezus uczy mnie, że to JEGO wola się wypełnia nie MOJA...
Tymczasem spać, bo jutro do Zuzi i Hani znów na cały dzień...:)
+
poniedziałek, 22 sierpnia 2011, ania.018