
Ostatnimi czasy zdarzyły się rzeczy o których chcielibyśmy zapomnieć, ale jak wiemy jest to trudne. Mówię tu o kacu który zaczął się w sobotę a skończył razem z ostatnim wypalonym papierosem we wtorek. Mówię o tych wszystkich okropnych wzdęciach które pojawiły się w czasie świąt. Po świętach miał być wpis ale znowu nie wyszło. To mecz Arsenalu, to kolejne piwko, to wyjazd do Warszawy do ukochanej. Chciało by się nie wspominać w obecnym tygodniu o tym smutnym i ponurym mieście ale nie można. Trzeba wręcz. Osobiście nie byłem tam wtedy w tym dniu pod tym miejscem, no bo nie był moim prezydentem. Wiele razy się z niego nabijaliśmy, że jak mu wybudują pomnik to przyoszczędzą na materiałach bo był niski, tak z niego z małego się nabijaliśmy, ale jak to bywa w życiu serce jak dzwon, kiedyś musi przestać być, znika jak tamte prywatki. Wieść o tej tragedii przyjąłem dość dziwnie, na początku był śmiech i niedowierzanie, ale z czasem to dotarło. Jaki by nasz prezydent nie był, był człowiekiem dobrej woli. Szkoda tych wszystkich którzy zginęli.
P.S. osobiście popieram nazwanie stadionu narodowego jego imieniem oraz jego żony.
poniedziałek, 12 kwietnia 2010, crustuch