Nie było mnie tu chwilkę. Bo taka jest idea tego skrawka internetu - nieregularnie ale istotnie. Dlatego zaczynamy...
W nowej firmie pracuję już ponad półtora miesiące. Jest... nie
zapeszajmy. Uwielbiam być trenerem, uwielbiam to. Ale nic nie chcę
więcej pisać, bo zawsze łatwo zapeszać.
Konkrety.
Bo przecież chce pisać o czymś konkretnym. O moim guru - Kanye. Czyli relacja z koncertu, który odbył się tydzień temu.
Dlatego po kolei.
Po pierwsze, to ja uciekam już od tzw. alternatywy, a może
pseudoalternatywy, stąd brak mojej obecności na offie w tym roku. A to,
że Kanye West jest moim idolem od 2005 roku nigdy nie było tajemnicą.
Ale od jakiegoś czasu ten jegomość jest dla mnie najważniejszym punktem
muzycznym. Chyba jestem ogromnym fanem tego pana.
Kraków jak to Kraków. Komercyjny ale
piękny. W sobotni poranekwyrusziliśmy wraz z towarzyszką mojego życia
pociągiem relacji Zabrze - Kraków. Na początku chwila oddechu w pewnym
hotelu (nie piszę nazwy by nie było reklamy, ale ten hotel bardzo w
porządku) a później od razu na teren festiwalu Coke Live. Tam dołączyli
do nas Paweł i Łukasz. A Łukasz miał pecha, bo przegrał z wysoką
gorączko i mimo że dojechał do Krakowa to na miejscu poległ i po 17 udał
się do akademika. Mimo obietnic że na Westa wróci - nie dał rady.
Biedaczek. Pierwszy raz byłem na tym festiwalu i uważam, że
organizacyjnie najbliżej mu do Opener'a (zresztą ta sama agencja) czyli
poziom wysoki. Jedzenie ok, leżaki (czyli pomysł z offa) były. Tylko
muzycznie jakoś tak... Jak weszliśmy z Emilką to akurat grał Pablobavo z
Ludzikami. Nuda. Później na leżakach posłuchaliśmy Everything
Everything. Bardzo wtórna krzyżówka Coldplay i Vampire Weekend. Następnie już bardziej znani Editors. Tak jak mówię, przejadło mi się to całe indie, ale zespół nie zamulał, było dobrze. Później szybko na Łonę, który zastąpił odwołanego Q-Tipa [sic!]. Jak zwykle, dawał radę, ale byliśmy tylko 20 minut, żeby zając jak najlepsze miejsca pod główną sceną.
I teraz punkt kulminacyjny... Ale co tu dużo pisać. Koncert Kanye'go był po prostu magiczny. 2 godziny i 20 minut koncertu marzeń. Zagrał wszystko to co od niego oczekiwałem z klasykami Through the wire i hey mama na czele. Słuchajcie, kto gra na festiwalu tak długo? Będąc na koncercie U2, gdzie było to jedynie ich występ grali tyle. Ok, może i Kanye ma wybujałe ego, ale dał z siebie wszystko. Wspaniały koncert (oby na jesieni wrócił do nas z Jayem - Z promować wspólny album). Dobrze, tyle o samym koncercie, choć mogę go opowiadać bez końca.
Po występie nie mieliśmy już siły, dlatego szybko na sok do ogródka piwnego (w kolejce przed nami stał Pusha - T, który jeździ z Kanyem i wskakuje na scenę przy Runaway. Jakoś nie miałem odwagi poprosić o wspólne zdjęcie, choć bardzo chciałem). Złapanie taksówki i szybko zregenerować siły do hotelu. Od rana tradycyjnie. Sukiennice, Wawel, moja księgarnia. Gdy już kupiliśmy bilety powrotne i siedzieliśmy w pizzerii okazało się, że zgubiliśmy aparat fotograficzny... Byliśmy wściekli, mnóstwo zdjęć z koncertu z wspólnych wyjazdów... To popsuło nastrój... Ale tą sytuację muszę opowiedzieć.
Bo wybiegliśmy z restauracji i chodziliśmy po wszystkich sklepikach, bo może tam aparat przepadł. Oczywiście bez skutku. I tak pojechaliśmy do domu. A wieczorem Emilka cały czas "truła" mi, że może został w tej restauracji, bo się przesiadaliśmy... Ale ja byłem na tym miejscu gdzie siedzieliśmy wcześniej i nie było... Ale dla świętego spokoju zadzwoniłem tam w poniedziałek... I co się okazało... Był. Pan kierownik okazał się osobą kompetentną i życzliwą i wysłał kurierem aparat... Aż niemożliwe, ale mamy go z powrotem. Pięknie.
I na tym kończy się moja opowieść o krakowskim koncercie.
Dziękuję za uwagę.
sobota, 27 sierpnia 2011, peka28