
Bezimienni. Szarzy. Zmęczeni i głodni. Nie wiadomo skąd idą, ale wiadomo dokąd zmierzają. Nie wiadomo co sprawiło, że są w drodze, ale wiadomo, że droga ta nie jest dla nich łatwa, a punkt docelowy nie jest końcem przerażającej podróży w świecie bez przyszłości. Mężczyzna i chłopiec. Ojciec i syn. Przemierzają kraj spustoszony przez.. no właśnie, co? Wojnę? Kataklizm? Tego nie wiemy, faktem jest jednak, że świat przedstawiony przez McCarthyego, to świat zmasakrowany, okaleczony, przyobleczony całunem popiołu i obrzydliwy od widoku ciał dawno nieżywych, umierających w cierpieniach ludzi. Ci, którzy przeżyli to coś walczą o każdą minutę swojego jestestwa zmagając się z głodem, zimnem i własnym okrucieństwem, które nierzadko przeradza się w kanibalizm. I w takim właśnie świecie dwoje ludzi, dorosły mężczyzna i jego kilkuletni syn, wędrują na południe kraju, nad ocean. Droga to ciężka, usłana przeciwnościami, droga, która nie daje nadziei, a jednocześnie nie pozwala obojgu wyzbyć się ostatnich odruchów człowieczeństwa. Niesiemy światło powtarza często chłopiec, jak mantrę, która ma przypominać mu o dobru i miłości jakimi wypełnione jest jego serce i jakimi chętnie podzieliłby się z resztą tego chorego świata.
Ich droga nie kończy się dobrze. Nie spodziewałam się jednak lepszego końca niż opisał to McCarthy; czy jednak śmierć w świecie bez przyszłości nie jest lepszym rozwiązaniem niż obserwowanie siebie w powolnym konaniu?
Czytając tę powieść czułam potworne przygnębienie, miałam wrażenie, że zapadam się w jakąś czarną, nierzeczywistą otchłań, w której nie ma nic, co mogłoby napawać radością i nadzieją, zupełnie nic Jednocześnie docierała do mnie powoli świadomość, że otaczający mnie świat jest tak niezwykle kruchy, a jego upadek opisany przez McCarthyego jest możliwy i bliższy bardziej niż mogłoby mi się wydawać. Być może takie jest przesłanie tej przerażającej powieści: zrozumieć i docenić szczęście jakim jest życie w naszym bądź co bądź kolorowym świecie, w którym marzenia nie są luksusem, a nadzieja jest wciąż żywa
Droga to piękna książka, książka, która przeraża, a jednocześnie zachwyca, przede wszystkim językiem, który niczym pełna melodii poezja staje w opozycji do obrazów odartej z cywilizacji planety. Książka, która każe zatrzymać się i zastanowić nad własnym miejscem na ziemi i podziękować za to, że miejsce to nie jest napiętnowane rozpaczą i strachem
środa, 17 lutego 2010, augusta9