Poranek całkiem wstrętny - pada deszcz, jest mgliście a od grubych chmur również ciemno. Strach wyprzedzać bo poprzez wodę spod kół nie widać czy coś jedzie z naprzeciwka. Sporo Rosjan włącza światła w takich warunkach ale sporo nie... W takich warunkach jadę ostrożnie 200km do granicy ukraińskiej. To nowoczesne i duże przejście ale ruch samochodów też jest duży. Kolejka posuwa się dosyć sprawnie i w końcu trafiam do odprawy. Tym razem utykam na wydruku komputerowym umowy polsko-rosyjskiej m. in. zawalniającej z obowiązku posiadania wiz tranzytowych. Żaden pogranicznik rosyjski nie zna tej umowy ale jak do tej pory dosyć szybko puszczali dalej. Ci musieli się jednak upewnić, że umowy nie napisałem w Wordzie i tak tracę przynajmniej godzinę. Potem jeszcze długa kolejka na stronę ukraińską i nieoczekiwana konieczność wypełnienia deklaracji celnej na motocykl zjadają kolejne godziny. Planowałem dojechać do Lubnego i przenocować jeszcze raz u Wowy, ukraińskiego motocyklisty, który wysuszył mnie gdy jechałem w przeciwną stronę. Czas stracony na przejściu wyklucza tą opcję, zresztą jego telefon i tak nie odpowiada.
Na Ukrainie pozostaje 2-3 godziny jazdy do zachodu słońca. A świeci pięknie i prosto w szybkę porysowaną już od wycierania rękawiczką przy jeździe w deszczu. Ledwo co widzę pod ostre słońce ale znajduję nieduży parking dla TIRów na nocleg. Jest spokojnie, spory trawnik dla mnie i kafejka aby spokojnie zjeść kolację i śniadanie.
środa, 01 listopada 2006, zachary70