Zupełnie inaczej wsiada się na motor z myślą, że wieczorem będę w domu po przeszło miesiącu podróży. Uważam w prędkością aby nie zwiększać nadmiernie kosztu wyprawy. Zatrzymuję się w knajpie sprawdzonej po drodze na wschód i zamawiam doskonałą uchę z łososia i kolejne danie z ryby "Widzimisię Szefa". A co tam, czas zacząć świętować udaną wyprawę. Przy bardzo dobrej pogodzie i lekkim sercu mknę do domu. Nawet drogi wydają się niezłe ale to pewnie efekt pojeżdżenia po Azji Środkowej. Pamiętając o fatalnych ulicach we Lwowie tym razem jadę obwodnicą, mimo że sporo dłuższa. Okazuje się również mocno obciążona i pagórkowata więc nawet na motocyklu muszę się sporo nawalczyć aby nie wlec się za stadami ciężarówek. W końcu zjazd na E40 i ostatnia prosta do Polski. Na granicy spędzam trochę czasu ale w normie. Moją wjazdową deklarację celną Ukraińcy mają gdzieś i mogę ją sobie zabrać. To na odwrót niż w Kazachstanie i za darmo :-))). Polacy interesują się czy nie szmugluję papierosów i wódki bo co innego można robić na granicy z Ukrainą???
Po polskiej stronie dobry asfalt (tak, tak!) i straszny ścisk na drodze. W pierwszy korek ładuję się już w Jarosławiu i wcale niełatwo go ominąć mając z kuframi 110cm szerokości. Potem ruch przyspiesza ale pozostaje gęsty. Polscy kierowcy wcale tak dużo rozumu więcej nie mają a przy tym tłoku na drogach i tak trzeba na cztery strony patrzeć. Czwórka dalej rozkopana i nie ma mowy o wyprzedzaniu więc do Krakowa dojeżdżam już po ciemku. Nie szkodzi, jest sucho a ja znam tu każdy zakręt. A potem prysznic we własnym domu, mówię Wam, to coś niesamowitego...
piątek, 03 listopada 2006, zachary70