Koncesja na wykopaliska przyznana została Polakom w 1958 roku. Pierwsza misja wyjechała do Palmyry rok później. Początki były trudne. Polska ekipa nie miała nawet własnego sprzętu. Część własnego - narzędzia, łopaty, motyki, a nawet niektóre polowe meble i urządzenia kuchenne - pożyczył jej prof. Paul Collart z uniwersytetu genewskiego, który wcześniej pracował przy świątyni Baalszamina. Musieliśmy ograniczać nasze wydatki do minimum, ale czynić to w taki sposób, aby nie >stracić twarzy< wśród nie-Syryjczyków - wspominał prof. Kazimierz Michałowski. Polacy zamieszkali w domu w obrębie kolumnad świątyni Bela. Mieszkali w nim zresztą potem długie lata podczas kolejnych ekspedycji. Tak zdecydował ówczesny syryjski Urząd Archeologiczny.
W domu wykopaliskowym podczas jednego z pierwszych sezonów.
Widziałam ten dom, byłam w nim i mam z niego zdjęcia. Teraz wygląda tak:
Wewnętrzne patio. Wchodzimy do domu wykopaliskowego w obrębie świątyni Bela. Marcin Wagner, który jest naszym przewodnikiem, powiedział, że po remoncie zmienił się na niekorzyść. Najbardziej drażnią go wymalowane olejnymi farbami lamperie.
Tu zawsze odpoczywaliśmy po pracy - opowiadał Marcin. Według niego, teraz to miejsce nie ma już dawnego klimatu. Można tę fotkę zestawić z pierwszą, archiwalną. Czy Marcin ma rację?
Tyle szkła w tym budynku też nie było - narzeka Marcin.
Teraz nie ma już w tym domu żadnych ekip archeologicznych. Pozostaje on wyłącznie w dyspozycji syryjskich służb starożytności. Prezentuje się ciekawie i przyznam, dopiero widok z jego tarasu przekonał mnie do tego, w co wcześniej musiałam po prostu wierzyć: że Palmyra, to istotnie oaza. Oto te dowody:
Oaza. Prawdziwa wyspa zieleni na pustyni.
Dwa dowody chyba wystarczą. Tym bardziej, że warto pokazać jeszcze jeden widok z okien domu wykopaliskowego - na świątynię Bela.
Świątynia Bela, widziana z okien domu wykopaliskowego.
Profesor Michałowski tak wspomina życie w tym niezwykłym miejscu:
(...) rezydowałem w owym jakże romantycznym budynku, z palmami na dziedzińcu, tarasami, z których roztaczał się w noc księżycową wspaniały widok na ruiny świątyni i gdzie po ciężkiej pracy na wykopie można było doskonale wypoczywać i pracować. Przez pierwszych kilka lat dawał się we znaki jedynie brak wody, którą musiano dowozić w pojemnikach na osiołku. Jej smak nie był jednak przyjemny. W kilkanaście lat później Syryjczycy zmodernizowali ten budynek, doprowadzając doń nie tylko wodociąg, ale nawet elektryczność. Niewątpliwie ułatwiło to w znacznym stopniu archeologom życie codzienne, odzierając jednak z romantycznej aury ten jedyny w swoim rodzaju dom wykopaliskowy, w którego murach oświetlanych lampą naftową lub świeczkami żyły przecież tradycje pionierów nowoczesnej archeologii palmyreńskiej.
Dziś podróż z Damaszku do Palmyry trwa 3-4 godziny. Jedzie się wygodną asfaltówką ciągnącą się przez pustynię. W czasach pierwszych misji jednak tak dobrze nie było. Jak wspomina Profesor podróż trwała cały dzień i jechało się nie szosą lecz po prostu przez Pustynię Syryjską.
Nasze wykopaliska w Palmyrze rozpoczęły się pod dobrą gwiazdą - napisał we wspomnieniach prof. Michałowski. - Jakkolwiek teren był bardzo trudny i wymagał stosowania zupełnie specjalnych metod w pracy wykopaliskowej, kierując się prawidłowym, logicznym wnioskowaniem na podstawie posiadanych przez nas danych historycznych i odkrywanych przez nas elementów zabytkowych, mogliśmy dojść już od pierwszej kampanii do ciekawych, interesujących wyników, powiększanych w każdym następnym sezonie. Chciałbym właśnie zwrócić uwagę na te cechy, tzn. ścisłe, logiczne rozumowanie, zdrowy rozsądek, a nie to, co zwykliśmy nazywać szczęściem poszukiwacza, które odegrały decydującą rolę w naszych palmyreńskich zdobyczach.
Cytuję fragmenty Wspomnień Kazimierza Michałowskiego, wydanych przez PIW, Warszawa, 1986
Zdjęcia: Archiwum Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej i Joanna Grabowska
piątek, 22 października 2010, joannagrabowska_net