Przedwiośnie .
Drzewa napęczniałe sokami.
Za dzień za dwa za przyczyną słońca eksplodują zielenią łapczywie pijąc życiodajny sok.
Jest to pora i czas by i człowiek skorzystał z tego naturalnego bogactwa.
Wincenty dokonał przeglądu brzozowego zagajnika. Te trzy stare brzozy dożyły swego przeznaczenia, zostaną ścięte, porąbane i ułożone przy ścianie domu obok przygotowanych zimową porą olchowych polan z podmokłego torfowiska, wysuszone słońcem i wiatrem, będą wykorzystane w kuchennym piecu.
- Sylwek, daj świder i zrób jesionową tutkę! Zwrócił się do syna.
Wywiercił w pniach drzew otwory. Sylwek w tym czas przygotował z jesionowej gałązki korową rurkę.
O tej porze roku przepełnione wodą gałęzie jesionu był najlepszy surowcem do robienia gwizdków i fujarek.
Wśród gospodarczych zabudowań, dźwięki jesionowych instrumentów uzupełniały świergotliwy jazgot ptasiego drobiazgu i klekot bociani.
Technologia produkcji takiego instrumentu była prosta, znał ją każdy chłopiec. Na równym kawałku gałęzi o średnicy fujarki lub gwizdka wycinano w korze odpowiednie otwory i nacinano od pozostałej części kija.
Trzonkiem noża lekko obstukiwano korę by odstała od rdzenia. Jedną dłonią przytrzymywało się fujarkową część drugą obrót i w ręku pozostawała jesionowa rurka. Był to instrument krótkotrwały i gdy gałęzie twardniały jesionowe granie milkło.
Sylwek tą metodą zrobił dziesięciocentymetrową tutkę i wcisnął koniec w wywiercony otwór brzozy.
- Dobrze! Teraz postaw pod tutką ten dzbanek! Polecił Wincenty.
Tak zrobiono z innymi brzozami, przy czym w pniach, które nie miały być spiłowane otwory nawiercono mniejsze by drzewo nie uschło.
Teraz zgodnie odwiecznymi prawami natury korzenie drzew, będą, przez kilkanaście dni pompować do pnia drzewa wodę uszlachetnioną potrzebnymi składnikami do ich wiosennego życia.
Nieszczęściem czy też przeznaczeniem brzóz jest to, ze człowiek również zasmakował w tym napoju.
Co kilka dni Wincenty opróżnia naczynia z sokiem brzozowym i wlewa do przygotowanej beczki.
Po kilkunastu dniach beczka pełna. Teraz na brzozowy sok wsypywany jest czysty pachnący warmińskim lasem i słońcem owies.
Pływa on grubą warstwą na całej powierzchni.
W ciemnej chłodnej piwnicy, natura uszlachetnia napój. Nasiona zasilone takim mineralnym płynem kiełkują tworząc na powierzchni soku gruby izolacyjny kożuch. Po kilku miesiącach, gdy przyjdzie lipcowy warmiński skwar wystarczy tylko, w zrośniętej owsianej skorupie, wyciąć otwór by ugasić pragnienie napojem, którego ożywczego smaku nic nie jest w stanie zastąpić.
- Sylwek nie wyrąbałeś w pniach dołków. Zwrócił uwagę Wincenty, gdy spiłowane trzy brzozy i załadowali na wóz.
- Już to, robie.
Sylwek w równo spiłowanych pniach wyrąbał wgłębienia tworzące niby miseczki.
Tak jak człowiek, któremu amputowano nogę czuje jej ból i ma wrażenie, że ona jeszcze jest, tak korzenie drzew przekonane, ze pień nadal potrzebuje soków sączą je do góry i trafiając na pustkę zamieniają je w brzozowe łzy spływające po kikucie pnia.
Łzy trafiaj do wyrąbanych wgłębień by ludzie utrudzeni wiosenną pracą w polu mogli ugasić pragnienie.
poniedziałek, 08 marca 2010, edward.bernatowicz