- Mam nadzieje, że kapral Zenek, o ile jest pod świetlicą, nas nie pozna. Jednak złudna była nadzieja chłopców. Kapral z pozostałymi czekał na sygnał trójki kolegów z wewnątrz sali.
Zabawa trwała. Uczestnicy nie świadomi spisku, żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, oddawali się tanecznym przyjemnościom. Rzeczą oczywistą i normalną było, że wiejskie zabawy kończyły się bijatyką i rozróbą, bywało to zazwyczaj w godzinach druga trzecia nad ranem, gdy transportery w bufecie zapełnione były pustymi flaszkami po wódce.
Sylwek i Mikołaj i na tą sytuację mieli wypracowany system. Obserwowali salę i gdy odwaga i agresja, spowodowana czystą czerwoną capslowaną, u znanych w okolicy rozganiaczy zabaw, rosła opuszczali salę i wracali do domu. Tak również chcieli zrobić teraz.
- Olu może być tu bijatyka, odprowadzimy Ciebie. Zaproponowali.
- Dobrze. Ale to do Jesionowa, trzy kilometry, będę nocowała u cioci. Poczekajcie chwilę zapytam siostry. Siostra Weronka znała Sylwka a Mikołaj był dalekim ich kuzynem, więc wyraziła zgodę. Ją do domu miał odwieść Sławek dumny właściciel motoru marki Jawa
Zaczęli powoli przeciskać się przez tłum tańczących do wyjścia. Byli w połowie sali, gdy zaczęło się. Jeden z żołnierzy prowokacyjnie pchnął Igora z ręką w gipsie.
- Co! Chorego zaczepisz! Ryknął Igor uderzając łokciem w brzuch, zaczepiającego. Drugi żołnierz tylko na to czekał. Wyciągnął za pazuchy, przygotowany wcześniej szeroki pas wojskowy, przewleczony kilkokrotnie przez klamrę, Była to broń często stosowana przez żołnierzy, w bijatykach. Uderzenie, taką skórzaną pięścią z klamrą, było bardzo niebezpieczne.
- Żołnierzy biją! Krzyknął w kierunku drzwi, dając w ten sposób znać, gotowym do akcji, kolegom i nacierając pasem na Igora. Mylił się, kto sądził, że gips na ręce był przeszkodą w walce. Od chwili, gdy Igor przekonał się o skuteczności w rozdawaniu razów na wiejskich zabawach, ręką w gipsie, korzystał z tego. I tym razem, zdrową ręką odparował pas a gipsem, trzasnął na odlew atakującego żołnierza, zakrwawiając mu twarz.
- Ola! Mikołaj! Wycofujemy się z powrotem do drzwi przy scenie. Zawołał Sylwek przeciskając się i robiąc miejsce kolegom Igora spieszącym z pomoc.
Z drugiej strony od drzwi wejściowych, wymachując pasami, nacierali pozostali żołnierze z kapralem Zenkiem na czele.
Normalna rozróba na normalniej ludowej zabawie nie dotyczyła wszystkich uczestników. A to dwóch kawalerów zaczynało się szarpać z powodu panny, a to dwóch sąsiadów próbowało załatwić zadawnione żale i pretensje, a to młodzieńcy ze jednej wsi chcieli się zrewanżować za manto spuszczone na poprzedniej zabawie. Oczywiście kobiety i dziewczyny był nietykalne. W takich sytuacjach zazwyczaj kilku starszych mężczyzn lub energicznych gospodyń wyrzucało rozrabiających z sali na podwórze gdzie kończono porachunki, ganiając się wśród opłotków i wyłamując sztachety i kradnąc z wozów kłonice.
Tym razem sprawa była powarzona. Z Lechowa pochodziła jedna z panien z braćmi, którzy okryli hańbą podrywacza Zenka. Obrońcy granic i ludu pracującego miast i wsi postanowili dać nauczkę ludowi wsi Lechowo płci męskie. Tłukli na lewo i prawo, wszystkich po kolei, blokując przy tym drzwi wyjściowe. Minęło zaskoczenie zaatakowanych i dał się słyszeć trzask łamanych nóg od krzeseł i desek z prymitywnych ławek do siedzenia. Lechowo broniło się równym frontem. Oprócz wymiany razów, leciały przekleństwa z akcentem zabugowskim, mazowieckim i po ukraińsku.
- Sylwek! Nie mogę otworzyć drzwi, są zabite gwoździami! Zawołał Mikołaj, gdy dotarli z Olą do drzwi zapasowych przy scenie.
- Musimy coś zrobić, bo kapral Zenek jak nas pozna to zatłucze na śmierć. Sylwek zaczął się rozglądać, dojrzał, w obudowanej deskami scenie, drzwiczki. Szarpnął. Puściły. Była tam pusta przestrzeń, do której można było wejście na czworakach.
- Mikołaj właź! Teraz ty Olu nie zostawimy Ciebie. Powiedział, gdy Mikołaj zniknął. Sam wśliznął się na końcu. Cała ich akcja została nie zauważona przez walczących. Wejście było zasłonięte stołem.
- O Boże moja noga! Chyba zwichnęłam. Zawołała Ola.
- Postaraj się wytrzymać. Chyba to długo nie potrwa. Powiedział obserwując salę przez szparę w drzwiczkach. Nie musiał długo czekać. Nagle zobaczył jak żołnierze uciekają w kierunku zabitych, gwoździami drzwi, a za nimi okładający ich kolbami karabinów patrol WSW.
- WSW przyjechało! Zaraz zrobią z nimi porządek. Poinformował Olę i Mikołaja.
Pierwszy żołnierz dopadł drzwi. Zaczął szarpać. Nie puszczają. Drugi kopnął z całej siły piętą wojskowego buta. Poleciały deski. Jeszcze kilka kopnięć i dolna połowa drzwi rozleciała się. Znikali po kolej. Pozostało dwóch, gdy dopadło ich dwóch z WSW,
- Stać! Marsz do samochodu! Jeden z uciekających zatrzymał się i wykonał polecenie tego z patrolu.
Ty się zaopiekuj tym drugim. Ja tego odprowadzę.
Lecz ten drugi nie miał ochoty dać się złapać. Pchnął patrolowca, zgiął się by zniknąć w połamanych drzwiach. W tym momencie Sylwek zobaczył jak żołnierz WSW wymierzył stopą kolby karabinu uderzenie w plecy, uciekającego. Uderzenie! I kolba zamiast w plecy uderzyła w szyję. Uderzony jakoś dziwnie zadygotał i znieruchomiał.
- Wstawaj!
Szarpnął za rękaw. Brak reakcji. Rozglądnął się. Oprócz Sylwka pod sceną nikt nie widział tego zdarzenia.
- Obywatelu sierżancie, tu jest zabity żołnierz zawołał w głąb sali.
- Kto to zrobił? Zapytał sierżant, dowódca patrolu.
- Nie wiem. To chyba ci miejscowi. Skłamał zapytany.
Zabierzcie go szybko do samochodu i do szpitala. Może jeszcze żyje.
poniedziałek, 12 lutego 2007, edward.bernatowicz