W niedzielny słoneczny poranek cała rodzina krzątała się czyniąc, przygotowania wyjścia do kościoła w Mingajnach. W minionym czasie rodzina Mikołaja również uczęszczała do tego kościoła. Lecz, od kiedy otworzony został kościół greko-katolicki w Pieniężnie, Sylwek stracił towarzystwo kolegi w wędrówkach do kościoła.
- Tato. Mogę pojechać rowerem na mszę do Babiaka, Tam, odprawiana jest przed południem. Wrócę nim wyjdziecie. Tabor cygański jeszcze koczuje przy potoku pod lasem. Cyganki łażą po okolicy. Gdy was nie będzie będę pilnował gospodarstwa. Nie złodziejki kur były powodem Sylwkowej decyzji, lecz obietnica Oli, że będzie w niedziele w kościele w Babiaku.
- Dobrze. Lecz wracaj szybko po mszy. Powiedział ojciec nie podejrzewając podstępu.
Nim ojciec dokończył już Sylwka nie było. Mijając uroczysko przy strumieniu, gdzie rok rocznie tabory cygańskie rozbijały swój obóz usłyszał.
- Młodzieńcze! Zatrzymaj się! Cyganka ci powróży.
- Nie mam pieniędzy. Rzucił, by się odczepiła.
- Kochaniutki! Weż z domu dziesięć jajek i przyjedź. Cyganka powie ci, jaka piękna czarnooka czeka na cię.
Tabor po trzydniowym cygańskim weselu, szykował się do odjazdu. Na wozach stojących półkolem, otwartą stroną do strumienia, panował ruch. Bogaci Cyganie w swych wspaniałych malowanych wozach-domach z ażurowymi, rzeźbionym smoko-wężami i lustrami, zaprzęgali piękne konie. Cygańska biedota zwijała szmaciane namioty i ładowała kolorowe piernaty i pierzyny, na byle, jakie wozy z pałąkami przykrytymi plandeką, chroniącymi przed deszczem i warmińskim upałem. Jeszcze niektóre kobiety kończył gotowanie śniadania w kociołkach zawieszonych nad ogniskiem lub pająkowatych żeliwnych przenośnych kuchenkach.
Było coś tajemniczego w cygańskim życiu, co przyciągało. Mieszkańcy wiedzieli, że trzeba się mieć na baczności, gdy tabor przejeżdża przez wieś. Gospodynie nie mogły się później doliczyć kur, gdy wpuściły do domów, to i wartościowych przedmiotów.
Koń kupiony od Cyganów, na słynnych jarmarkach w Ornecie, mógł mieć podpiłowane zęby dla sfałszowania jego wieku, a siła i żwawość, którą wykazywał się w momencie zakupu nie była wynikiem jego wspaniałego zdrowia ale butelki wódki wlanej w tajemnicy, koniowi do pyska przed sprzedażą. Pomimo tych cygańskich wad, społeczność lokalna uważała to za normalność. Trzeba tylko uważać. Miło było słuchać wróżb, które dawały nadzieje. Bo w socjalistyczną nadzieję świetlanej przyszłości nikt nie wierzył. Lepie było nie zadzierać z cyganichami, bo przekleństwo rzucone przez nie, mogło ściągnąć nieszczęście na rodzinę i dobytek.
Poprzedniego wieczora Sylwek z Mikołajem podczołgali się w krzaki i ukryci w bezpiecznej odległości, obserwowali tańce, śpiewy i weselne biesiadowanie Cyganów. Światło, płonącego, dużego ogniska i warmińska noc uszlachetniało i bogaciło kolorowe cygańskie stroje.
Teraz przy dziennym świetle ta wspaniałość, ulotniła się, pozostała tylko szarość biedy cygańskiej.
Lecz co tam Cyganie w Babiaku w kościele może będzie Ola. Naciął na pedał roweru. Była i nawet się ucieszyła, gdy poszedł do niej przed kościołem.
- Sylwek! Siostra Weronika i jej kolega, sąsiad Sławek, zabiorą mnie na zabawę do Lechowa, w następną niedzielę. Będziesz? Zapytała.
- Będę! Pomimo ojcowskiego zakazu obiecał Oli. Musi zrobić wszystko by dotrzymać słowa. Po powrocie do domu zapytał ojca.
- Będę mógł pojechać na zabawę do Lechowa?
- Synu, już raz Ci powiedziałem albo szkoła średnia albo kawalerka. Chcesz udawać kawalera i jeździć po zabawach to, po co masz jechać do tej swojej szkoły morskiej. Zakończył rozmowę ojciec.
Coś trzeba wymyślić. Może Mikołaj pomoże. Poszedł do Mikołaja po jego powrocie z Pieniężna.
- Mikołaj wymyśl coś. Już chciał wyłuszczyć przyjacielowi, jaki ma problem, gdy zobaczył na ścianie, w domu Mikołaj nowy święty obraz.
- Co to za święty?- Zapytał.
- Cyganka, od której babcia kupiła, za kurę i dziesięć jaj, powiedziała, że to święty Józef.
Sylwek takie portrety wdział i to dużo z tym, że nie było na nich dokolorowanej aureoli. Rozdawano je za darmo na pierwszego maja, gdy mieszkał w Ornecie. Był to portret Marksa.
cdn
środa, 07 lutego 2007, edward.bernatowicz