...
Zapach suchego siana, nie obmytego deszczem, wypełniał całą stodołę. Dwa sąsieki zapełnione były sianem i jeden snopkami żyta. Po aromatycznych bukietach ziół i samozasiewających się, nieskażonych nawozami sztucznymi i środkami chwastobójczymi traw Sylwek, po kilku latach mieszkania na wsi, potrafił określić, z jakiej łąki pochodzi zbiór. Jeden sąsiek z łąk nad jeziorkiem, przebijał lekko zapachem tatarakowej trawy rosnącej na torfowisku między łąką a jeziorkiem. Ta nie lubiana przez zwierzęta bylina, próbowała zdominować swym zapachem pozostałe. Drugi sąsiek to siano z łąk spod lasu, zapachowa kompozycja traw i ziół dawały jeden wspólny wonny bukiet. Na tym właśnie sąsieku, na rozłożonej pościeli, w lipcowe upalne noce, spał Sylwek z rodzeństwem i kuzynostwem spędzającym wakacje na wsi. Każdy mościł sobie posłanie w miękkim sianie. Ważne było by być dokładnie owiniętym prześcieradłem, chroniło to przed drapaniem suchej trawy. Czasami jakaś zabłąkana w trawie biedronka lub mrówka dotarła do ciała śpiącego. Chłopcy strzepywali i spali dalej. Dziewczęta piszczały.
Spanie na sianie, było frajdą. W ciemności zapadającego zmroku, przez szpary w deskach ścian stodoły prześwitywały gwiazdy. Chłopcy straszyli dziewczęta opowiadaniami o strachach i duchach. Nagle! Przerażenie! Jakby na zawołanie dwa metry nad leżącymi, przemknął z lekkim szelestem powietrza, słabo widoczny w księżycowym prześwicie, cień, odbijający drobne białości i zniknął w otworze pod dachem. Pisk!
- Wracamy do domu! szczególnie przerażona była dzieciarnia z miasta.
Sylwek odczekał chwilę, znał tajemniczego ducha. Gdy już sytuacja była nie do opanowania wyjaśnił.
- To był puchacz. W drugim końcu stodoły na belce spędza dzień a w nocy udaje się na łowy. Nie lubi hałasu. Jeżeli się nie wypłoszył, to jutro wam pokaże.
Wyciszający zapach siana powoli opanował wszystkich. Zapadli w spokojny sen.
Dziwna sprawa - pomyślał zasypiając Sylwek - że tak miłą, jest woń zmarłych ziół i traw. Tak jakby wołały swym zapachem:
Są w nas jeszcze nasiona nowego życia. Ratuj je!
Zasnął.
Z zarośli rozległ się gwizd trapera, Skórzanej Pończochy. Obudził się. To tylko był sen. Sen na sianie dawał rześkość i dobre samopoczucie.
Gwizdnięcie spod stodoły:
- Sylwek! Wstawaj! Zapomniałeś! Umawialiśmy się na ryby wołał Mikołaj.
- Chwileczkę już wstaję chętnie by pospał w niedzielny poranek, lecz umowa jest umową. Zsunął się z siana. Słońce dopiero wzeszło. Będzie upalny dzień. O tej porze ciągnęło od pól i rozlewisk rześkim chłodem. Między morenowymi pagórkami bieliły się połacie mgły, nigdy nie wiedział czy mgła opada czy się podnosi. Nie potrafił rozróżnić. Dla niego zawsze pomału zanikała.
Bocian już wcześniej rozpoczął dzień w gnieździe na stodole. Wrócił z żabiego polowania i klekotem dyscyplinował dwoje głodnych piskląt. Gniazdo bocianie na dachu w obejściu dawało poczucie przeciwpiorunowego bezpieczeństwa. Gospodarze często montowali na dachach koła od wozów jako propozycję fundamentów bocianiego domu. Jednak bociania para przyjmowała tylko niektóre propozycje i budowała gniazdo, do którego wracała, co roku. Gniazdo na dachu to pewność, że w ten dach nie uderzy piorun. Bociany również wróżyły, jakie będzie lato czy suche czy mokre. Na tej kapryśnej pagórkowej ziemi mokre lato to zalane uprawy w dolinach, a suche to wyschnięte gliniaste wzniesienia. Bociany potrafiły przewidzieć, mokre lato - to trzy pisklęta w gnieździe, gdy zapowiadała się susza, było jedne, pozostałe były wyrzucane przez rodziców z gniazda. Te okrutne dzieciobójstwo miało przyrodnicze uzasadnienie ilością zdobytego pożywienia.
Obmycie się w zimnej wodzie prosto ze studni obudziło Sylwka do końca. Rodzice już krzątali się przy gospodarczym obrządku. W niedzielę wykonywano tylko prace elementarne takie jak dojenie krów pasących się w zagrodzie przydomowej. Karmienie drobiu i świń.
W podziurawionej bańce zanurzonej w stawie pływały złapane dzień wcześniej karaski. W każdym stawie na tych terenach był karasie, nawet nowo wykopany staw po pewnym czasie sam się zarybiał. Sylwek z Mikołajem chcieli odkryć tą tajemnicę natury. Doszli do jednego wniosku, że to dzikie kaczki, i kurki wodne, żerując na prawie każdym stawie, przenoszą w jakiś sposób karasiową ikrę. Płotki i liny był wybredniejsze i trzeba było je wpuszczać do stawów i w nie każdym się zadomawiały. Pożytek z karasi był taki, że idealni nadawały się na żywca. Wystarczało wejść do stawu zamieszać wodę mułem od dna. Przeciągnąć siatką w mętnej wodzie i były karaski. Była jedna uciążliwość do nóg przyczepiały się pijawki i trzeba było je odrywać. Ale i z pijawek był pożytek o ile to były ludzkie a nie końskie. W Ornecie mieszkała pani Kuratko, która nimi leczyła bolące zęby i inne dolegliwości i dobrze za nie płaciła.
- Mikołaj nakopałeś robaków? zapytał Sylwek przekładając karasie z dziurawej do całej, napełnionej wodą, bańki.
- Tak. Zobacz otworzył metalową puszkę, w której wiły się wspaniałe tłuste dżdżownice.
- Wrzucimy jedną śpiącym na sianie?
- Dobrze. Dawaj jedną po cichu otworzyli drzwi stodoły i największa dżdżownica łukiem wylądowała na śpiących po chwili dał się słyszeć pisk.
- Uciekamy! Gdzie jedziemy?
- Nad jeziorko Potorfowe na szczupaki.
Patrząc na mapę Warmii, tu gdzie mieszkali w Miłkowie, nie dojrzysz niebieskich plamek jezior. Wiją się tylko cienkie błękitne strugi. Nie oznacza wcale, że ta okolica nie posiada zarybionych zbiorników wodnych. W okolicy na wędkowanie nadawały się: jezioro Potorfowe miało ono trudny dostęp otoczone było torfowym grzęzawiskiem z kępami traw, krzaków i wiecznie stojącymi kałużami. Tam się łapało, na żywca, szczupaki. Po przeciwnej stronie biegnącej obok polnej drogi leżało jeziorko zwane Pegeerowskie z jednej strony posiadało piaszczystą płyciznę z drugie opierało się o torfowiska. Obok była dzika żwirownia z której brano piasek do posypywania drogi w zimie. Tu na robak łapało się okonie i płotki. Niedaleko rozciągał się las na skraju, którego stał młyn wodny nad Drwęcą Warmińską. W rzece łapali nocą raki i miętusy.
W połowie drogi zsiedli z rowerów. Brzęczące blachy rowerów i bańka z kraskami mogą zwrócić uwagę indora w mijanym gospodarstwie Olczaka. Te wstrętne ptaszysko nastroszywszy pióra z gulgotem atakowało, szczególnie dzieci. Udało się. Przeszli nie zauważeni.
Dojechali. Zdradliwe grzęzawiska, otaczające jeziorko, broniło dostępu do wody. Chłopcy znali sposoby poruszania się po takim terenie. Zdjęli buty. Odwiązali od rowerów, trzymetrowe leszczynowe wędki. Wyczuwając bosymi nogami i wędziskami twarde podłoże dobrnęli do brzegu. Technika łapania była prosta. Zahaczało się kotwiczką za grzbiet karaskę i wrzucało do wody. Korek po winie spełniał rolę spławika. Spławik wolno poruszał się wożony przez żywca. Nagle znikł pod wodą. Podcięcie i balonem jak batem wyrzucenie szczupak za siebie. Pierwszy Sylwkowy, spadł z tyłu zrywając się z kotwiczki, między trawy do którejś z kałuż. Poszukiwania. Bezskuteczne. Trudno trzeba próbować dalej. Drugi poszedł łatwiej. Jest w torbie. Idealnie nadawały się do tego torby po gazmaskach kupionych od żołnierzy w Orneci.
Cisza wyczekiwania na następne branie. Coś chlupnęło z tyłu w trawie. Sylwek obrócił się. Znowu chlupnięcie. Jest. To zerwany szczupak próbował wydostać z kałużowej pułapki, zdradzając swoje miejsce. Za chwilę znal się w torbie. Mikołaj zdążył już złapać trzy sztuki.
Słońce zaczęło mocno przygrzewać szczupaki przestały brać. Sylwek spojrzał na słońce:
- Już jest po dziewiątej jedziemy do domu nie potrzebne były im zegarki potrafili określić czas na podstawie słońca z dokładnością do pól godziny.
Powrót był z przygodami, indor nie przepuścił zaczął ścigać. Pedałowali po polnej drodze pozostawiając za sobą tumany kurzu. Udało się. Ostry dziób nie dosięgnąć gołych łydek.
...
środa, 23 sierpnia 2006, edward.bernatowicz
