...
Sylwek, pomagając ojcu w pracach gospodarczych, cały czas myślał o tym, co może kryć się za stalowymi drzwiami bunkra. W końcu miał wolne. Przypomniał sobie o wczorajszej umowie z Mikołajem.
- Mogę pojechać z Mikołajem na Szulcową rozbitkę, on mówił, że papierówki nadają się do zrywania zapytał ojca.
- Dobrze tylko na dwie godziny.
Czym była Szulcowa rozbitka?
Wieś z jednej strony graniczyła się z ziemiami pegrowskimi. Z drugie aż pod las leżały porozrzucane pojedyncze gospodarstwa indywidualne, które przetrwały kolektywizację. Na polach pegerowskich po przedwojennych gospodarstwach pozostały tylko siedliska z dziczejącymi sadami i porosłymi chwastami ruinami domów i zabudowań. Miejscowi nazywali te miejsca rozbitkami. Po wojnie zabudowania, w większości gospodarstw, były w dobrym stanie, lecz socjalistyczna gospodarka pegerowska doprowadzała je do ruiny.
Dwie takie rozbitki, nazwane nazwiskami dawnych właścicieli: Szulca i Frydrycha, krył jakieś tajemne historie powtarzane przez mieszkańców. Niektórzy zaklinali się, że widzieli nocą przemykającą i znikającą sylwetkę ducha, ubranego w coś przypominającego sutannę czy też długi szynel, podążał on, za zwyczaj, z rozbitek w kierunku przestrzelonego krzyża. Niesamowitość miejsc dodawał zaniedbany grób w sadzie rozbitki Szulcowej z drewnianym próchniejącym krzyżem. Starzy mieszkańcy opwiadali, że w grobie leży były właściciel Szulc zastrzelony przez sowieckich żołnierzy. Natomiast w zarośniętym sadzie Frydrychowej rozbitki, stał stary dwumetrowy kamienny krzyż. Z zatartego i pokrytego mchem gotyckiego napisu wywnioskować można było, że był zbudowany w dziewiętnastym wieku i poświęcony pamięci Frydrycha, wykute w cokole symbole mówiły, że był on księdzem lub pastorem.
Dodatkowej niesamowitości dodawał stary krzyż przydrożny, w miejscu gdzie polne drogi z rozbitek łączyły się z drogą publiczną. Mosiężna figura Chrystusa była przestrzelona w okolica serca a w drzewcu krzyża był jeszcze dwa wloty pocisków. Powojenni osadnicy zastali te ślady w chwili przybycia na tą ziemie. Zastanawiali się jak doszło do takiej profanacji. Analizując: miejsce - w okolicach krzyża nie było śladów po okopach; układ śladów po pociskach w jednej linii prostej; wydłubany pocisk pepeszy i inne szczegóły, doszli do wniosku, że do krzyża musiał świadomie oddać serię sowiecki żołnierz. Taka wersja o krzyżu krążyła w okolicy. Nazywano go Przestrzelony Krzyż.
Sylwek zapamiętał słowa ojca, gdy przejeżdżali obok Przestrzelonego Krzyża:
- Nie sądzę, by ten żołnierz, co to zrobił, dotarł do Berlina. Pewnie jego dusza krąży gdzieś po ziemi.
Dwie rzeczy napawały lekiem dzieci w owym czasach: duchy i pioruny w czasie burzy, część dorosły również czuła respekt przed tymi zjawiskami, oczywiście dorośli, jak wydawało się dzieciom, bardziej bali się tylko władz ludowej.
Na każdej rozbitce były sady przydomowe. Drzewa owocowe mają taką naturę, że rodzą owoce czy jest wojna czy pokój, czy kapitalizm czy socjalizm. Dzieci wiedziały, gdzie rosną i jakie mają owocowe.
Ludność tych ziem nie utożsamiała się z państwem totalitarnym które nimi rządziło, te państwo było przeciw nim a nie dla nich, z tego faktu wynikał dekalogowy stosunek do wartości. Własność prywatna była dekalogowo chroniona, i nawet ustanawiane przez władzę prawa naruszające tą własność, moralnie uznawano za kradzież.
Własność państwowa i tak zwana spółdzielcza: lasy, jeziora, i pgerowskie pola nie były, w moralności mieszkańców, dekalogowo chronione. Niechroniona była również własność poniemiecka, dopóki nie stała się prywatną.
Owoce na rozbitkach były na ziemi pegerowskiej, więc niczyje. Każdy miał, prawo je zrywać. Dlatego rzadko udawało się im dotrwać do dojrzałości. Mikołaj i Sylwek mieli sposób. Zrywało się jabłka jeszcze niedojrzałe i kwaśne, nie nadające się do jedzenia. Chowało się je w pachnącym sianie w stodole, po pewnym czasie dojrzewały i był smaczniejsze niż dojrzałe prosto z drzew. Siano było również idealną spiżarnią dla dojrzałych jabłek z własnego sadu. Wyjęte w mroźne grudniowe i styczniowe dni były jędrne i soczyste jak gdyby zerwane przed chwilą prosto z drzewa, z dodatkowym aromatem suszonych ziół.
Chłopcy sprawdzali, co pewien czas papierówkę na Szulcowej rozbitce. Czas na zrywanie jabłek. Lada dzień może ktoś uprzedzić. Sylwek wjechał rowerem na podwórze Mikołaja.
- Dzień dobry. Czy Mikołaj może pojechać na Szulcową rozbitke? spytał mamę Mikołaja krzątającą się na podwórzu.
- Po co? matki kontrolowały poczynania chłopców, nie byli oni aniołkami, i czasami interesowały ich niewypały i naboje których na tych ziemiach od wojny było pełno.
- Chcemy nazrywać jabłek.
- Dobrze. Mikołaj! Sylwek pryjechał! zawołała.
Mikołaj wybiegł z domu. Wsiadł na rower.
- Jedziemy!
Szulcowa rozbitka była blisko wsi. Dojeżdżając minęli pegerowski ciągnik gąsienicowy z zadartym z tyłu pługiem.
- Zobacz co ten pegerowiec zrobił Sylwek był oburzony.
Przez środek rozbitkowego sadu biegły ślady stalowych gąsienic. Grobowy pagórek został zrównany z ziemią. Nadpróchniały krzyż leżał wciśnięty w trawę. Ich wpajana w szkole antyniemieckość mówiła:
Co tam jakiś grób szkopa! W pobliskiej Ornecie widzieli jak się likwiduje stare poniemieckie cmentarze i na ich miejscu robi się place zabaw dla dzieci.
Lecz wyniesiony z domu, szacunek dla krzyża i zmarłych nie godził się z tym. Podnieśli i ustawili krzyż. Po cichu, Sylwek po polsku, Mikołaj po ukraińsku, odmówili Wieczny odpoczynek.... Przy krążących miejscowych opowiadaniach o wdzianych zjawach i duchach, takie zabezpieczenie, było konieczne.
Jabłka były kwaśne i cierpkie i wykrzywiały usta. Nie szkodzi. Siano zrobi swoje. Napełnili worki do połowy.
- Starczy. Jedziemy! zbezczeszczony szulcowy grób, nie dawał im spokoju.
- Za młynem, w lesie trafiłem na zarośnięty bunkier wracając oznajmił Sylwek.
- Otwarty?
- Właśnie, że nie. Ma oryginalne stalowe drzwi. Przysypane ziemią i starymi liśćmi. Zarośnięte chaszcze i trzęsawiska bronią dostępu. Wygląda na nie odwiedzany od wojny dokończył sensacyjną wiadomość Sylwek.
- Wtajemniczymy Sławka i Zygmunta i sprawdzimy czy niema tam skarbów albo broni zapalił się do wyprawy Mikołaj.
- Ale to w przyszłości, jak uda się nam urwać z domu.
...
wtorek, 29 sierpnia 2006, edward.bernatowicz