Duch Tajgi
- Lucyna jak ty to robisz, że tak szybko zbierasz maliny? zapytał widząc w jej wiadrze dwa razy tyle.
- To syberyjska wprawa. Tylko tam trzeba było uważać na Ducha Tajgi.
- Co ty mówisz? zapytał zaciekawiony.
- Tajga była bogata w maliny. Zbierane przez mieszkańców runo leśne i robione z nich przetwory pomagały pokonać głód i przetrwać. Lecz właścicielem zarośli malinowych jak wszystkiego co w niej żyło, był mieszkaniec tajgi z wyboru a nie z przymusu Duch Tajgi. Stosował różne sposoby by wypłoszyć zbieraczy bez pokazywania się im.
- Jakie sposoby? Ładujesz. Podaj przykład?
- Wybraliśmy się na maliny całą grupą głównie dzieci i kilka starszych niepracujących kobiet. Przed nami duże zbocze tajgi łagodnie schodzące w dół ku rzece porośnięte gęstym dużym maliniakiem. Uzbierane pełne wiadra pozostawiliśmy by je zabrać w drodze powrotnej. Zbierając grupa schodziła w dół do rzeki. Nagle gwar zbieraczy przerwał brzęk lecącego z góry pustego wiadra. Po chwili wystrzeliło z gęstych krzaków w kierunku oniemiałych i przerażonych Sybiraków drugie wiadro. Po pierwszym zaskoczeniu ciszę tajgi przerwał krzyk wszystkich gardeł. Z miejsce gdzie stały przedtem wiadra widać było jak poruszają się krzaki w głąb lasu. Musieliśmy wrócić po trzecie wiadro.
- To na pewno jakiś syberyjski chuligan albo złodziej zabrał wasze malin.
- W promieniu kilku kilometrów nie było ludzi. Tam nie było złodziei. Nawet nikt nie zamykał domów na klucze.
- To kto to był? niecierpliwił się Sylwek.
- W miejscu gdzie zostawiliśmy trzy pełne wiadra malin zastaliśmy pozostałe puste, trochę wyspanych pogniecionych, połamane krzewy i duże ślady łap niedźwiedzich. Stare kobiety mówił, ze to miszka zjadł nasze maliny i rzucaniem wiader chciał nas przegonić. Dzieci wiedział jednak swoje. Duch Tajgi przebrany za niedźwiedzia nie życzył by zbierano jego maliny. zakończyła z tajemniczym uśmiechem Lucyna.
Sylwek zbierając zastanawiał się co ten uśmieszek miał oznaczać. Następny pagórek to trzymetrowe wzniesienie porośnięte malinami i pojedynczymi drzewami. Dotarł do wierzchołka i o mało nie spadł dwa metry w dół. Pagórek z tej strony urywał się nagle. Sylwek zobaczył betonową ścianę bunkra z lukiem strzelniczym i grubymi stalowymi drzwiami. Ten bunkier był jemu i kolego nieznany. Ślady wojny na tych ziemiach były, piętnaście lat po jej zakończeniu, jeszcze widoczne. Ziemia naszpikowana niewypałami i amunicją. Chłopcy wiedzieli gdzie były okopy sowieckie gdzie bunkry i umocnienia niemiecki. Bunkrów w okolicznych lasach było dużo, w niektórych można było naliczyć do dwudziestu pomieszczeń. Tu rozpoczynała się linia obronna kwatery Hitlera w Kętrzynie. Spróbował otworzyć grube stalowe drzwi. Nie puściły. Trzeba zapamiętać miejsce i kiedyś wrócić z kolegami.
- Wracamy do domu zawołała mama, gdy wiaderka i bańki były zapełnione czarnymi jagodami i malinami.
Ruszył pochód w powrotną drogę. Sylwek szedł na końcu wyobrażając, co się kryje za stalowymi drzwiami. Może nikt tego miejsce nie odwiedził od wojny? Większości bunkrów była znana leśnikom i wojsku, służyła na różne magazyny. Lecz ten obrośnięty ze wszystkich stron, z zardzewiałymi zawiasami, może został nie zauważony.
Przed wejściem na most przy młynie, na rzecznej płyciźnie, matka pozwoliła dzieciakom wykąpać się. Rzeka płynęła w zielonym tunelu bujnych drzew. Woda osłonięta od letniego słońca była lodowato zimna. Klarowna czystość pokazywała dno, ze śmigającym drobnym narybkiem. Po zamoczeniu się, dzieciaki, szybko wyskakiwały z wody z piskiem, ochlapując się mokrą zimnością na wzajem.
Raki- Chcecie zobaczyć jak się łapie raki? zapytał Sylwek
- Przecież tu niema raków, nie widać na dnie i w wodzie.
- Zaraz zobaczycie.
Na brzegu rzeki rosły stare drzewa, których cześć poplątanych korzeni znajdowała się w wodzie, a część wczepiała się w twardość brzegu, chroniąc je przed podmycie, przy różnych stanach wody. Ta wodna ciemność korzeniastych kryjówek, by miejscem dziennego schronienia raków.
Sylwek zdjął koszulę i wszedł do wody. Wybrał jedne kłębowisko korzeni. Wsadził rękę. Obmacując palcami, ciasne, mokre, zakamarki, trzeba wyczuć ostre wąsy lub szczypce. Raki są nastawione pokojowo, gdy się je dotknie cofają się głębiej.
Jest! Złapał za szczypce, szybko wyszarpując raka z nory. Bezpieczna taktyka polega na sprawnym wyrzuceniu raka na brzeg. Przy ślamazarnej akcji, rak zdąży użyć szczypców, a chwyt ma mocny. Tym razem w dłoni pozostała para szczypców. Zbyt mocno rak był zaplątany w drobne korzenie drzewa i wodnych roślin. Następne drzewo. Pusto. Przy trzecim udało się wyrzucić dwa mniejsze i jednego dużego.
- Kto chce nauczyć się bezpiecznie trzymać raka?
Dziewczęta zrezygnowały. Miejski kuzyn Janek zdobył się na odwagę.
- Patrz! Trzeba palcami złapać od góry za pancerz odwłoka złapał największego i uniósł do góry. Rak zaczął wywijać szczypcami, lecz nie mógł dosięgnąć trzymającej go ręki. Janek niepewnie, naśladując Sylwka uniósł raka. Udało się. Czuł się jak bohater. Podbiegł do dziewcząt. Przestraszone z piskiem uciekły.
- Wyrzućcie te raki do wody. Idziemy do domu poleciła mama Jadwiga.
MiódRodzeństwo dotarło do zabudowań Mila. Z drugiej strony domu Mil podbierał miód z pasieki w sadzie, bez siatki na głowie, gołymi rękami, miał do pomocy tylko dymarkę dymiącą wierzbowym próchnem. Pszczoły go nie żądliły. Gdy którą przypadkowo przygniótł i użądliła, to było normalnością u mieszkańców tych terenów. Wciągało się żądło i po problemie. Żal było pszczoły, bo umierała.
- Pani Jadwigo niech pani zajdzie z dziećmi na chwilę przed dom zaprosiła Milowa pomagającą mężowi w wirowaniu miodu.
Rozsiedli się przy stole, na ławkach, pod starą jabłonią w bezpiecznej odległości od pasieki. Gospodyni przyniosła w dzbanku złocisty świeży miód. Wlała do głębokiego talerza. Przyniosła bochen białego chleba.
Gdybyś próbował wszystkie chleby świata, nie dorównają one smakiem chlebom warmińskim końca lat pięćdziesiątych.
Były dwa gatunki, pieczonych w domowych piecach, opalanych drewnem liściastym.
Biały pszenny. Tajemnicę jego wypieku przywiozły ukraińskie gospodynie. Pieczony z własnej mąki mielonej w młynie wodnym. Wspaniale nadawał się do dżemów, powideł, miodu i innych słodkości.
Chleb żytni, trochę ciemniejszy niż pszenny. Wypiekany przez gospodynie z Wileńszczyzny, z własnej mąki żytniej. O miękkiej brązowej skórce, trzymający przez kilka dni miękkość i świeżość. O nie powtarzanym smaku w jedzeniu, posmarowany masłem własnego wyrobu, z mięsami i wędzonymi wędlinami.
W domach w chłodnym miejscu stały drewniane dzieże z pozostawionym tajemnym zaczynem.
- Częstujcie się powiedziała Milowa krojąc pajdy białego chleba.
Las wygłodził jagodziarzy, więc chętnie łyżką polewali miód na chleb. Choćby nie wiem jak ostrożnie to robili, wkrótce pomalowane jagodami czarne palce, kleiły się lepką słodkoscią. Samotna pszczoła wyczuła zapach miodu i zbliżyła się niebezpiecznie do kromki kuzynki Ani z miasta. Nieświadoma pszczelich zwyczajów Ania zaczęła nerwowo machać rękami, piszczeć i podskakiwać. Takiego nieprzyjaznego traktowania, żadna warmińska pszczoła nie zniesie. Nastąpił atak na upaćkaną miodem brodę Ani. Sylwek szybko wciągnął żądło i poradził przemyć miejsce chłodną wodą. Przy studni z żurawiem, w drewnianym korycie do pojenia krów, obmyli ręce i buzie. Podziękowali pozostawiając kopiasty talerz jagód.
Po południowym obrządku i obiedzie przystąpiono do sporządzania jagodowych przysmaków na zimę. Przebrane i umyte maliny, wsypano do dużych słoi i zasypano cukrem podobnie z zrobiono z częścią czarnych jagód. Słoje przykryte obwiązanym białymi płótnem ustawiono w słonecznym miejscu na oknie. Przechodząc w tym okresie przez wieś można było zobaczyć w oknach takie słoje, wypełnione jagodowymi, jeżynowym, malinowymi i wiśniowymi kolorami. W ciągu kilku dni jagodowe owoce puszczały sok wypełniając pomieszczenie aromatem. W słoju tworzyły się warstwy: u dołu klarownego soku u góry owoców. Delikatnie zlewano sok i po pasteryzacji wędrował do spiżarni. Z owoców przygotowywano dżemy i powidła.
edward.bernatowicz@wp.pl
niedziela, 21 maja 2006, edward.bernatowicz
