Dziesiątki, nie, setki światełek. Czuję się, jakbym patrzyła na nie z góry. A przecież staję na płaskim, a przede mną też płasko. Plac zda się ciągnąć w nieskończoność. Niebo jest ciemne i okrągłe.
Na placu stoiska ze zbitych desek. Na każdym jedzenie i latarenki na olej. Powietrze zasnuwa dym. Pachnie olejem i smażeniną z nutą czegoś słodkiego. Pomarańczy? Na obrzeżach młodzi chłopcy wyciskają pomarańcze. Jak na akord. Jedna, druga. Do szklanek wpada sok i miąsz.
- Oh, przepraszam! Znowu ktoś na kogoś wpadł. Na dwa kroki od stołu nic nie widać. Bo dym, bo latarenki oświetlają tylko jedzenie. Tu sałaty na zimno. Tam szaszłyki, plastry baraniny, kus-kus i znowu pomidory.
Siadam na ławie. Wąska deska się ugina. Obok mnie dwie Amerykanki. Slimaki zamawia się w kubkach. Wybieram kubek średni. Skorupka nadziać na wykałaczkę, wyciągnąć. Trochę twardawe. Smak przydymiony. Jaki to rodzaj ślimaków? zwracam się do właściciela? Kelnera? Tu veux un autre? pyta. Manger, tres bon, pas cher.
Odwracam się do Amerykanek: - Do you like it? Gulgoczą coś i odchodzą, jakby wystraszone.
Oj, nie pogadam ja tu sobie
wtorek, 27 listopada 2007, opowiadaczka