Nie jestem fanką Twittera, bo moim zdaniem jest on dosyć marną formą ekspresji i komunikacji. Poza sytuacjami, gdy tak jak w Iranie czy Mołdawii, trzeba zwołać demonstracje, jego przydatność też jest znikoma. Ale dopóki ludzie chcą się nim bawić, warto z tego korzystać. Z takiego założenia wyszło też rumuńskie MSZ i na Twitterze - serwisie, na którym publikowane są posty/mikroblogi długości sms-ów (do 140 znaków) - będzie zachęcać obywateli do głosowania w nadchodzących wyborach.
Już 22 listopada Rumuni będą wybierać prezydenta. Tego dnia odbędzie się też ważne referendum, w którym wypowiedzą się w sprawie sensowności utrzymania dwóch izb parlamentu i ew. ograniczenia liczby deputowanych z 471 do 300.
Rzecznika rumuńskiego MSZ tłumaczyła dziennikarzom, że dzięki Twitterowi rząd chce dotrzeć nie tylko do młodych, ale także do 2 mln Rumunów mieszkających zagranicą i zachęcić ich do głosowania. Bez względu na skuteczność pomysłu rządowi Rumunii gratuluję, że wie przynajmniej czym jest Twitter i stara się aktywizować ludzi.
Swoją drogą ciekawe kiedy w Polsce doczekamy się głosowania w wyborach przez internet...
wtorek, 03 listopada 2009, skieterska