Jak widać muzeów w NY jest tyle, a ich zbiory tak bogate, że w jednym odcinku opisać sie ich nie da- nawet tej garsteczki, którą odwiedzilam w czasie mojej nowojorskiej przygody.
Dziś następne- postaram się, żeby było krócej.
Na "drugi ogień" poszło Muzeum Historii Naturalnej, z które zdjęć nie ma- mi się akurat wyczerpała bateria w aparacie, a Mama co prawda robiła zdjęcia Dorotki z dinozaurami i wielkiego płetwala błękitnego, ale na dostanej płytce nie znalazłam tych zdjęć :( Też duże to muzeum- jak wszystko w NY. Na czterech piętrach zgromadzono wypchane zwierzaki z różnych stron świata, indiańskie totemy, muszle, minerały i kamienie szlachetne, wystawę poświęconą ludom Pacyfiku, szkielety dinozaurów i wymarłych ssaków, także wystawę o ewolucji człowieka. Jest tu też wspaniała ekspozycja nt. kosmosu. No ale zdjęć brak, musicie pojechać i zobaczyć sami ;-)
Drugim "bezzdjęciowym" muzeum będzie Rubin Museum ze sztuką Nepalu i Tybetu- nie tak wielkie, choć pięter kilka. Tego typu zbiorów właściwie nieoglądałam, lub widzialam niewiele. Jednym z wydarzeń artystycznych zorganizowanych przez Rubin Museum w czasie mojego pobytu był taniec mnichów z Buthanu na ulicach Manhattanu- my podziwialiśmy mnichów w Battery Park:



Dwa dni poświęciłyśmy na Metropolitan Museum of Art. Dwa dni, to zdecydowanie za mało. MOżna by po jednym dniu na każdą z większych ekspozycji. Jest chyba większe niż Luwr. Ale do zwiedzania niewygodne- przez to, że muzeum powiększało swoje zbiory i rozrastało się ukła sal w jego wnętrzu jest dość chaotyczny i trudny do ogarnięcia, mimo otrzymanych mapek i przewodniczków. Na początek popełzłyśmy do gigamtycznej galerii malarstwa europejskiego (żeby nie było, jest to malarstwo do XVIIIw., późniejsze ma osobną galerię). W trzydziestu salach jest chyba wszystko- od włoskiegp renesansu, przez malarstwo holenderskie (przepiękny Vermeer), barok, Hiszpanów, portrecistów angielskich... (no, nie znalazłam Leonarda da Vinci i Michała Anioła- tego drugiego mają szkice, obrazów nie napotkałam). W głowie mętlik i kociokwik. A przed nami jeszcze impresjoiści, Picasso, malarstwo współczesne (rozpoznawalne paćki Pollocka- hi hi, czegoś się o sztuce nauczyłam;-) ). W tym współczesnym ktoś wpadł na świetny pomysł- w paru miejscach powieszono obok siebie obraz, które wydawały się tak bardzo do siebie podobne (temat, kolorystyka, styl), że na pierwszy rzut oka typowało się tego samego malarza jako autora- a tu zonk- jednym był np. Picasso, a drugim ktoś inny.
A co poza obrazami? Rzeżba, starożytny Egipt, Grecja, Rzym, Chiny, Korea, Persja, Japonia, sztuka islamska, porcelana, instrumenty muzyczne (niektóre zupełnie niestamowite), wnętrza, trochę witraży Tiffany'ego, średniowiecze, grafika i fotografie, broń. Nie pamiętam, co jeszcze :( No to zapraszam na małe zwiedzanko:

Takie wspaniałe kwiatowe kompozycje witają zwiedzających w holu głównym muzeum.
Hipek, który jest "maskotką" MET
Świątynia Dendur, przeniesiona tu w całości z Egiptu
Rzeźba afrykańska- specjalnie dla "mlećkowych" wielbicieli
A to sztuka trochę bardziej prymitywna- z Oceanii
Był "jamnik" jest i wychudzony kotek ;)
To Dali- żeby nie było, że się na niego pogniewałam
I moja ulubiona tancerka
Była też rekonstrukcja chińskiego Ogrodu Mistrza Sieci
A teraz najbardziej fotogeniczne miejsce w Metropolitan Museum of Art, czyli taras na dachu, gdzie wystawiane sa sezonowo duże rzeźby i skąd roztaczają się przepiękne widoki na Środkowy Manhattan i morze zieleni Central Parku i gdzie wreszcie mogłam napić się kawy ;-)
Takie właśnie rzeźby były eksponowane. Nazwiska rzeźbiarza oczywiście w swej ignorancji nie pomnę, na K się zaczynało i były tam dwa E (a może dwa O). I jest to Amerykanin. Powyżej Balonowy Pies- nie z balona wykonany.
A tu Serduszko
I jeszcze Książeczka do Malowania (albo malarska?- tytuł był chyba Paintings Book).
I cały taras z Dorotką na pierwszym planie
A tu Rodin, który stoi na tarasie na stałe.
I widoki z dachu:
Na stronę południowo-wschodnią, czyli 5th Avenue
i na zachodnią
Też na zachodnią- ta zachodnia ma zdecydowanie niższą zabudowę, co widać chyba na zdjęcich.
Ostatnie ze zwiedzonych muzeów- Muzeum Guggenheima. Ma ono stałą ekspozycje sztuki współczesnej (załapałyśmy się tylko na jedną salę, albowiem za dwa dni miała zostać otwarta nowa wystawa i pozostałe były w związku ze zmianai zamkniete). Natrafiłyśmy za to, zupełnie niechcący, na ostatnie dni wielkiej wystawy poświęconej twórczości owej Luizy B. (jezcze nie sprawdziłam pisowni)- od początkowych okresów, gdy malowała kobiety skrzyżowane z domamy, poprzez kijki w grupach i samotne, piramidki z drewienek nanizanych na metlowy pręt, okres "jajeczny" (zwany chyba obłokowym), dzieła w stylu "Małej Dziewczynki", potem komórki aż do depresyjnych manekinów. Mamo Heleny droga nie gorsz się, proszę. Ja z zainteresowaiem ogladałam. A że nie lubię- cóż, de gustibus...
Muzeum z zewnątrz
I od środka
Te dwa wiszące "kokony" to też rzeźby pani L.B.
"Pajęczyca" i okresu pajęczego ?
Dorotka uchachana (uhahana?) własną ignorancją i tym, że za samą wystawę tylko pani LB zapłaciła 20 USD, a za wizytę w MET 1 USD! Ale cóż, zniżek z powodu zamknięcia sal z Picassem i innymi nie było u Guggenheima. A MET to muzeum państwowe, gdzie co prawda sugerowana cena to też 20 dolarów, ale można zapłacić jednego.
I aby zakończyć muzealny wątek- dwa zdjęcia muzeów tylko z zewnątrz (bo w środku nie byłam):
Muzeum Indian Amerykańskich na Dolnym Manhattanie
i Muzeum Holokaustu.
środa, 19 listopada 2008, dsmiatek