Zainspirowana komentarzem Ewy i trochę w odpowiedzi na ten komentarz, troszkę najpierw ponarzekam. Potem będa już tylko pozytywy.
A zatem- dlaczego uważam, że Nowy Jork, to nie jest miasto do mieszkania dla mnie.
Po pierwsze- jest stanowczo za duży, zbyt hałaśliwy, za bardzo zatłoczony. Za wielkie tu są domy, za mało zieleni. Nie jest to miasto dla rodziny z dziećmi. Single i pary bezdzietne i owszem, mają tu mnóstwo możliwości- pod warunkiem oczywiście, że ma się odpowiedznią ilość pieniędzy i czasu- a to wcale nie jest takie oczywiste.
Małe dzieci i ich rodzice mają jednak w NY życie niełatwe. Podobnie osoby niepełnosprawne. Ameryka to nie Europa, wcale nie ma tu koniecznych dla wózków (dziecięcych czy inwalidzkich) udogodnień. Gdzieniegdzie są, ale w wielu miejscach ich wcale nie ma. I to było dla mnie szokiem- przyzwyczajona do krajów europejskich, w których podjazdy i windy są standartem. A tu wcale nie! Na wiele stacji metra na Manhattanie można się dostać tylko po schodach- a metro to przeciez najwygodniejszy i najszybszy środek komunikacji. Windy- jeśli już są- to nierzadko służą jako toalety dla bezdomnych, jazda taką windą stanowi więc prawdziwe wyzwanie. Podróżowanie metrem dostarcza jeszcze dodatkowych atrakcji zwłaszcza w czasie upałów- na górze gorąc, na dole jeszcze większy plus zaduch, bo wentylacji chyba nie ma lub nie daje rady, za to w wagonikach czasem mróz- jak znoszą to malutkie dzieci pisać nie muszę. Byłam szczęśliwa, że nie ma ze mną Trusi. Do miejskich autobusów z dziecięcym wózkiem można wsiąść tylko pod warunkiem, że wózek jest złożony, a dziecko znajduje się na rękach u rodzica (w metrze przepis jest podobny, ale na szczęście nieegzekowowany, natomiast kierowca do autobusu,nawet pustego, nie wpuszcza dziecka w wózku i nie wzrusza go wcale to, że dziecko właśnie zasnęło). Autobusów niskopoodłogowych nie zauważyłam, ale też nie korzystałam z tego środka komuniakcji, więc się nie wypowiadam.
Na Manhattanie (bo ten kawałek NY poznałam i o tym piszę) nie ma wielu miejsc, gdzie można by się z maluchem udać na spacer- Central Park owszem piękny i urokliwy, ale nie każdy mieszka w pobliżu.
Płatny urlop macieżyński trwa zdaje się około 6 tygodni- potem można sobie zafundowac urlop bezpłatny. Jak ktoś musi wrócić do pracy, to znajduje nianię. Obserwowałam owe nianie i błogosławię moją Pasię i jej podejście do dziecka. Większość opiekunek, takie odniosłam wrażenie, traktuje swoich małych podopiecznych tak samo, jak traktowałaby na przykład psy, koty itp. Niania karmiąca malucha jedzeniem ze sloiczka w parku siedzi na ławce i podaje łyżeczkę za łyżeczką nie zagadując do malucha, nie uśmiechając się, nie nawiązując praktycznie żadnego kontaktu. "Klub baby-sitters" założyły sobie nianie w tzw. Winter Garden w kompleksie WTC- a nie jest to bynajmniej ogród tylko rodzaj przeszklonej hali, w której roślinami są, prawdziwe owszem, palmy, ale nic poza tym. Nianie w ramach "zajęć klubowych" siedzą na krzesełkach i plotkują, a dzieciaki nudzą się w wózkach. A w Central Parku nianie wypuszczają co prawda dzieci na ogrodzone trawniki, same zaś zasiadają w dziecięcych wózkach (!) i plotkują, od czasu do czasu tylko zerkając, czy dzieci są bezpieczne. Obserwacja polskich opiekunek wypada zdecydowanie bardziej na plus. A nasza Pasia jest na tle tego wszystkiego wręcz ideałem.
Takie sobie, między innymi, cienie potencjalnego mieszkania z Trusią w NY zaobserwowałam. Są i inne- bardzo drogie mieszkania i niebotyczne czynsze (bo i miasto prestiżowe, więc tanie być nie może). Stosunkowo długi czas pracy i duże odleglości- pracując niewiele ma się czasu dla dziecka.
Nie wspomnę o fatalnym systemie ubezpieczeń zdrowotnych- podobno ogromny procent społeczeństwa nie ma żadnego i w razie choroby musi płacić za leczenie- chyba, że jest osobą bez pracy i ubogą lub w podeszłym wieku- wtedy przysługuje mu darmowe leczeni, ale wcale nie w tych wypaśnych szpitalach, które pokazują nam na filmach, nie w tych wspaniałych klinikach, stosujących najnowocześniejsze metody diagnostyki i leczenia. Podobno jedną z najczęstszych przyczyn bankructw ludzi z tzw. klasy średniej są długi wynikające z leczenia szpitalnego, którego ubezpieczenie w całości nie pokrywało!
No dobra, ponarzekałam sobie. Trochę wynika to z wciąż słyszanych zachwytów, jakie to Eldorado z tych Stanów. Trochę pewnie jest to wynikiem wciąz tkwiącej w moim sercu zadry, która zagnieździla się tam lata temu, kiedy to zauroczona pobytem w USA moja teściowa wysłała w imieniu mojego męża papiery do "zielonej karty" i pewnego pięknego dnia zastaliśmy zaskoczeni grubaśną kopertą z dokumentami- zaskoczeni dowiedzieliśmy się, że oto staliśmy się "szczęśliwymi" posiadaczami rzeczonej! Jak widać ten kraj nie był nam przeznaczony- i dość na ten temat!
Ale są blaski, są. Zwłaszcza z punktu widzenia osoby, która w NY mieszkać nie musi, przyjechała na chwilę po to, żeby te blaski własnie odkrywać. Jest tolerancja- nieważne, jaką masz skórę, jak jesteś ubrany, w jakim mówisz języku - wolno ci. Można sobie wyjść rano po sprawunki w piżamie i nikt się nie ogląda. Widziałam dobrze już starszą kobietę w Central Parku z słuchawkami od MP3 w uszach tańczącą sobie w rytm muzyki przy Alicji w Krainie Czarów- i nikt się nie dziwił, nie patrzył głupio, nie stukał znacząco w czółko. Fajna jest otwartość nowojorczyków na innych, śmiałość w proponowaniu pomocy- wystarczyło, że rozłożyłam mapę, a już ktoś podchodził i pytał, gdzie chcę się dostać. W muzeum wolontariusze sami podchodzili i pytali, czy nie potrzebujemy pomocy lub rady. Pani w sklepie, gdzie kupowałam kosmetyki ostrzegała przyjaźnie, żebym dobrze schowała pieniądze. Portier w domu, gdzie mieszkałam, zagadywał, jak się dzis mam, pytał, co robiłam i życzył miłego dnia. W metrze bywało, że ktoś się przesiadał na inne miejsce, żebym mogła usiąść koło mojej mamy. U nas chyba rzadziej się to zdarza.
I tyle refleksji- teraz zdjęć parę- z najbliższej miejscu mojego nowojorskiego pobytu okolicy- a było to Downtown, czyli Dolny Manhattan- miejsce, od którego powstał Nowy Jork.
Brooklyn Bridge, a za nim następne- w kilku kawałkach, bo całości aparat nie ujął.
Za mostem- Pier 17- rodzaj molo (?) ze sklepami
A pod mostem tegoroczny projekt artystyczny czyli Waterfalls- takie sztuczne wodospady poustawiano w kilku miejscach na East River.
Zabytkowe statki- częśc muzeum Soth Seaport. I te mniej zabytkowe też ;)
Mostek kapitański- obecnie naziemny ;)
I budynek muzem
oraz jedna z moich ulubionych ulic, czyli South Seaport Street.
poniedziałek, 17 listopada 2008, dsmiatek