Korzyści płynące z samotnych wypraw są doprawdy zauważalne. Zachodząc w zakamarki natury, błądząc po szlakach, odkrywam wspólne korzenie właśnie z matką ziemią. Doszedłem do wielu przemyśleń, tych prostych właśnie i bardzo trudnych zarazem, że tak sie człowiek nie zastanowi nad tym w ogóle, skąd pochodzi. Zabudowywuje się w betonie i tonie w tym betonie, a tak pięknie jest w miejscach gdzie przyroda sama korzysta ze swojej formy, wali drzewa i zmienia rzeki koryt. Czuje jak zapach owczego łajna przygniata mnie do ziemi - czuje jedność. Wchodząc czwartą godzinę w góre potoku, wcale nie odczuwam zmęczenia, zmęczenie jest przyjemne, wręcz napełnia mnie przesyt doznań, wszechogarniającego piękna każdej rośliny, nadzwyczaj nieodkrytej, niesamowitej w swej budowie. Prawdziwy nieruski szampan doznań. Zwielokrotnienie ciszy. Najdrobniejszy szelest słuchać w środku - jest częścią mnie. To absolutne minimum urlopu. Zwykłe odcięcie się od większości. Wchodząc na 2503m n.p.m. czuje już ten ogrom, potęgę natury, do niezabudowania. Zmiany perspektywy w oku wywołują dziwne zawroty głowy, a spojrzenie w dół skłania do przemyślenia. Doprawdy chciałbym zamieszkać w takim miejscu. Budząc się rano, patrzeć na wszystko z jak najwyższej półki, jednocześnie poczuć swoją małość wobec zwykłego kamienia. Tak żeby na odgłos dzwonka w drzwiach trzeba było czekać co najmniej 7 godzin. Tak żeby obłoki czytało sie od góry, nie od dołu jak zazwyczaj. Taka zmiana punktu widzenia daje wiele. Tylko po piwo daleko. I nie dostane pozwolenia na budowę. Pierdoła ze mnie. W ogóle to wszystko jest bez sensu.
poniedziałek, 15 sierpnia 2011, scissorpennis